Czas najwyższy na podsumowanie

M: Już w domu od dwóch tygodni. Trochę jeszcze w tamtej strefie czasowej i niestety w tej pogodzie. Powrót poszedł w miarę gładko, 23 godziny od wyjścia z mety w NYC do wejścia do naszego mieszkania, w międzyczasie 3-godzinne przerwy w Amsterdamie i Berlinie. Na kontroli granicznej luz, w Ameryce nikt już nas nie sprawdzał a w Amsterdamie zirytował mnie tamtejszy celnik, który zapytał, dlaczego lecę do Berlina… w UE mogę se przecież latać gdzie chcę, nie? Lecieliśmy w nocy i planowałam spać ale było mi tak niewygodnie, że nie mogłam zasnąć, potem na lotnisku to samo i do samochodu w Berlinie wsiadałam jak zombie. Na szczęście w drugą stronę leci się krócej, teraz było 6,5 h także jakoś przeżyłam. W Poznaniu pojechaliśmy od razu po piesiełka, poznała nas, kamień spadł z serca, zabraliśmy ją do domu po czym zasnęłam na 14 godzin.

Ale przed pożegnaniem się z NYC trzeba było jeszcze parę spraw pozałatwiać, konkretnie nakupować prezentów i gadżetów na pamiątkę. Wybrałam się sama na podbój Manhattanu poszukać jakichś okazji. Łaziłam przez jakieś cztery godziny szukając czegoś, co wpadnie w oko ale nigdy nie byłam super biegła w robieniu zakupów, więc jakoś straszliwie się nie obkupiłam ale pierwszy raz miałam okazję w miarę sprawnie poruszać się po centrum NYC i nawet jednej zgubionej pani wskazałam drogę – nie jest trudno nauczyć się systemu numerowanych alei i ulic więc nie jest to wielki wyczyn. Byłam w sklepie zoologicznym szukać szelek dla pieseła, nie znalazłam, ale mile zaskoczyły mnie kotki do adopcji, które przesiadują sobie w klatkach w sklepie, można do nich podejść, pomiziać, poczytać o kotku, pogadać z opiekunem i jeśli będzie taka chęć, adoptować. Ach, kiedy w PL w sklepach zoologicznych będą zwierzęta do adopcji zamiast klatek z biednymi króliczkami i szynszlylami???

miciula do adopcji

miciula do adopcji

Wieczorem pochodziliśmy z J. trochę po Brooklynie, po tej południowej części, bliżej Prospect Parku, gdzie jednak jest jakoś ciszej i przyjemniej. W samym parku jakaś duża rodzinka robiła komuś urodziny i bachory biły się o cukierki z piniaty. Po drodze weszliśmy do chińczyka na obiad i nie wiem co mi do głowy przylazło ale zamówiłam dużą porcję jak ten ostatni debil zapomniałam w jakim kraju jestem. No i po raz pierwszy w życiu poprosiłam o spakowanie jedzenia do domu po tym jak ledwo wcisnęłam połowę.

porcja dla ogra

porcja dla ogra (to jest JEDNA porcja!)

Na ostatni dzień przed powrotem zaplanowałam ostatnie polowanie na prezenty na Brooklynie, J. zabrał się ze mną. Przeszliśmy 7 Aleją w górę wpadając do różnych sklepów, kupując różne pamiątki dla przyjaciół i dla siebie. Co ciekawe, byliśmy w jednym sklepie z koszulkami z motywem Brooklynu gdzie kosztowały one 12$ a kilkaset metrów dalej znaleźliśmy sklep z bardzo podobnymi gadżetami, gdzie t-shirt kosztował już 30 baksów… tak, tak tyle kosztuje dizajn, yhh. Podreptaliśmy do sklepu z używanymi winylami, myślałam, że coś se kupię a tu dupa otwarte codziennie oprócz… środy! WTF??!!!  Nic lepiej nie pociesza smutków niż słodycze więc dziarsko pomaszerowaliśmy dwie przecznice na wegańskie pączki, na które czaiłam się od początku a ciągle czasu nie było. Wzięłam zwykłego donuta z polewą czekoladową, J. wziął nadziewanego z polewą orzechową nooo i zdecydowanie polecam! Dunwell Donuts na Brooklynie, jak ktoś z Was kiedyś będzie chciał spróbować porządnych donutów to musi tu przyjść! Nie dość, że wegańskie, to jedne z najlepszych w NYC, tak głosił dyplom na ścianie. I bardzo ładne wnętrze.

IMG_1882 IMG_1884

Poszliśmy jeszcze do vintage shopu ale nie takiego hipsterskiego, chociaż na taki wyglądał, ceny okazały sie przystępne więc kupiliśmy kilka szmat, potem jeszcze szybko po używane książki, wzięłam „Orange Is the New Black” (kto widział seriał, wie o co biega) a potem truchtem do domu zostawić graty i biegiem z powrotem na Bushwick na kolację na starej mecie. Kupiliśmy oczywiście wódejro, Luksusową, bo innymi gardzimy i popędziliśmy na włoską kolację. Poznaliśmy kolegę, w którego pokoju kimaliśmy przez większość wyjazdu, pożarlim, popilim, Amerykany się nabomboniły jak stare bąki więc dość wczesną porą udało nam się złapać metro z powrotem. A jak zawsze nie mogliśmy tak po prostu pójść spać, ja zaczęłam kombinować jakby tu wydrukować karty pokładowe, J. coś nie mógł się położyć, trzecia w nocy i dzwonek do drzwi. Ja oczywiście sraka i lecę po J., żeby poszedł otworzyć. A tam dziewucha, co mieszka na samej górze, w stanie nieważkości, nie mogła drzwi otworzyć. Zaciągnęła nas do siebie, polała wódę (dżizas, ile można…) i pomęczyła bułę z pół godziny, po czym coś ściemniliśmy i poszliśmy do siebie. Ja świeżo po konsumcji nie mogłam zasnąć a pobudka o 9 także super.

A, i taki widok był na naszej ulicy.

tam daleko jest Statua!

tam daleko jest Statua!

Rano z bolącymi głowami ogarnęliśmy pakowanie, zrobiliśmy sobie jedzenie na drogę i bardzo skrzywieni wyruszyliśmy w drogę. O powrocie pisałam już na początku.

Chciałam jeszcze dopisać parę informacji praktycznych, gdyby ktoś miał się kiedyś wybierać do hAmeryki.

Wizę dostać łatwo. Kosztuje 150$, trzeba jechać do Wwy albo Krakowa. Zasada jest prosta, nie dają 1. bezrobotnym 2. karanym 3. tym, którzy już mieli wyjebkę z USA. Jeśli to Was nie dotyczy, będziecie przygotowani na spotkanie, to wizę powinniście dostać. Samoloty kosztują BARDZO różnie. Widziałam przedwczoraj do NYC za tysiaka w dwie strony ale w lutym. W lato nie ma co liczyć na bilety tańsze niż 2000 złotych, no chyba, że ktoś jest magikiem. Chatę najlepiej załatwiać po znajomości bo ceny zabijają zwłaszcza w NYC. Da radę znaleźć osobę, która akurat wyjeżdża w tym czasie, co wy przyjeżdżacie, z chęcią podzieli się kosztami czynszu. My zapłaciliśmy za pokój w NYC, którym mieszkaliśmy większość wyjazdu 500$ (za 3 tygodnie), co jest bardzo okazyjną ceną. Płaciliśmy jeszcze za pensjonat w Provincetown, tam jest drożyzna max, a szukalismy też późno, także niestety 165$ za noc ale da radę taniej ale raczej nie mniej niż 100$ w lato, jest tam hostel ale można tylko dzwonić, nie załatwisz przez maila więc nie wiem jak wygląda tam dostępność noclegów. Zawsze szukajcie hosteli, tam akurat był tylko jeden.

Transport autobusowy. Megabus można kupic za dolca z miasta do miasta ale trzeba polować na promocje (piszą o nich na Fly4free albo na Mlecznych Podróżach), jeśli będziecie jechać gdzieś spotanicznie to generalnie Megabus jest najtańszy ale pytajcie lokalsów o inne tanie linie, bo np w Bostonie wracaliśmy Lucky Starem, bo akurat był tańszy od Megabusa w weekend (25$). Autobus z NYC do Montrealu kosztuje 77$, pociąg 67$ w jedną stronę. Rejs na oglądanie wielorybów 40$.

W miastach typu NYC czy Boston od razu kupujcie tygodniówkę bez limitu na metro. W NYC kosztuje 30$, w Bostonie 19$, w Montrealu 25$ i naprawdę się opłaca. Pojedyncze przejazdy są mega drogie a w Nowym Jorku mogą Was spotkać chodzone przesiadki i jak trzeba zapłacić drugi raz w czasie jednej podróży to uj człowieka może strzelić.

Jedzenie i picie. Generalnie gotowanie w domu wychodzi najtaniej. ALE. Porcja dla ogra taka jak na zdjęciu wyżej u chińczyka, która spokojnie jest dla dwóch osób o rozepchanych polskich żołądkach kosztuje 8$. Zasada jest prosta. Albo pizza za dolca, albo jedzenie w Chinatown (to na Manhattanie) albo kupujcie u imigrantów, a to burrito, a to chińskie, wietnamskie, itd, u nich będzie najtaniej. I najlepiej w biedniejszych okolicach, nie ma się co czarować, że tam gdzie chodzą grube portfele, ceny nie będą przystępne. Jedzenie w sklepach nie jest złe, jest bardzo duży wybór warzyw i owoców, na mięsie się nie znam ale też mają dużo. Dla wegan – wiadomo – raj. I warto pochodzić po kilku sklepach w okolicy bo może się okazać, że w jednym takie np tofu będzie tańsze o 50 centów, a w innym tańsza będzie kawa, a w kolejnym warzywa. Duże opakowanie kawy (250 gr) można dostać za 3$ ale standardowo kosztuje 6$. W kawiarni można dostać kawę za 2 dolce ale raczej jest droższa (ok. 4$ jak w starbaksie), w niektórych dopłaca się za mleko roślinne. Co ciekawe, mleko migdałowe jest tańsze niż sojowe, kupujcie te większe kartony, litrowych się nie opłaca. Wóda jest tylko w monopolach, w spożywczakach jest tylko piwo (DUŻY wybór) i wino. Litr Luksusowej kosztował 17$. Piwo jest tanie tylko uwaga na lokalne browary bo potrafią być bardzo drogie (zależy gdzie, bo Amerykany mówią, że w Kaliforni wszystkie są tanie). W knajpach browar od 2 do 7 dolców, oczywiście może być droższe ale to już przeginka. Na koncertach na stadionach nie kupujcie piwa, 10 k…wa dolarów!!!!!! (Pamiętajcie, wszędzie ceny są bez podatku!).

Ciuchy – taniocha. Nowe dżinsy kupiłam za 8 dolców, w ciuchach używanych Levisów od groma, ceny od 5 do 10 dolców. Buty też tańsze. New Balance kosztują 65 dolców, są oczywiście droższe modele, ale mówię o takich, co w PL kosztują ponad 200 zł.

Ameryka nie jest droga, na pewno jest tańsza niż Europa zachodnia ale trzeba się trochę porozglądać, my trochę za dużo wydaliśmy na początku ale nauczyliśmy się na błędach i ja np nie wydałam całej kasy na wyjazd. Pamiętajcie, załóżcie sobie konto w dolcach, zazwyczaj nie kosztuje dużo, wybranie hajsu z bankomatu 1,50$, wypłacajcie tylko w bankach bo bankomaty w sklepach czy knajpach kosztują dodatkowe 3 dolce! Przy zakładaniu konta najlepiej kupić kasę w kantorze i wymienioną walutę wpłacić w banku bo banki mają straszne kursy walut. Kupujcie ubezpieczenie! Naszego kolegę złamany nadgarstek plus przejażdżka ambulansem kosztował 6000$ plus 1200 za każdą kolejną wizytę u lekarza. My kupiliśmy full pakiet w Hestii (leczenie do 500.000 zł + NNNW, zgubiony bagaż itd) i kosztował 350 zł. Nic się nie stało ale wolałabym nie mieć przed sobą wizji powrotu z rachunkiem na 30 tysięcy złotych.

Nic mi nie przychodzi już do głowy. Na pewno warto pojechać i zobaczyć. Osobiście, nie chciałabym tam mieszkać, za bardzo bolą mnie tak głębokie podziały społeczne i ogólna ignorancja. No i wizja pracy do śmierci, mam nadzieję, że tu jednak jakąś emeryturę będę miała albo sobie odłożę, tam, z tego co pytaliśmy, po 70-tce chodzi się do roboty. Ludzie są super mili, to na pewno wychodzi na plus w porównaniu z Polską, ale to mi nie wystarcza. I na pewno nie NYC, tam można dostać na łeb, miasto jest tak wielkie, że nie można się z niego wydostać i na dodatek brudno i głośno. Co innego Kanada, tam bym mogła zimować bez problemu 🙂 Pewnie polecimy jeszcze na zachodnie wybrzeże, wiza na 10 lat więc wypada skorzystać ale musimy to zaplanować. Oszczędzanie na ten wyjazd trwało 10 miesięcy także to nie takie hop siup.

Mam nadzieję, że miło Wam się czytało nasze wypociny, sorry, że tak późno piszemy podsumowanie ale w domu czas jakoś inaczej leci, pies chce na spacer, trening trzeba zrobić, serialik obejrzeć, obiad ugotować i się doba kończy. Żegnam widoczkiem na Manhattan z samolotu i polecam się na przyszłość. Buziaki!

IMG_1913

J: Nastał koniec naszej wycieczki. Było spoko, ale jakoś Ameryka „dupy nie urwała”. Zwiedzić polecam każdemu, jednak zamieszkać bym nie chciał, przynajmniej nie w NYC. Może w następnym roku uda się polecieć znowu, tym razem na zachód, Kalifornia i okaże się czy zmienię zdanie odnośnie USA. Chwilowo mam dosyć podróży po Ameryce, miesiąc jak dla mnie to stanowczo za długo. Pozdrawiam wszystkich, którzy śledzili nasze przygody na blogu. Do zobaczenia w Polsce!!

Otagowane , , , , , , , ,

Mąreal

J: Piszę to już z NYC, bo musieliśmy tu wracać, samolot już za 3 dni i tym samym koniec naszej wycieczki. W Montrealu spędziliśmy kilka super dni, podczas których robiliśmy niewiele. Głównie odpoczywaliśmy, bo jednak nasze organizmy potrzebowały chwili spokoju i naładowania się przed powrotem do Ameryky.

Drugiego dnia pobytu w Montrealu zdecydowaliśmy, że trzeba jeszcze pozwiedzać miasto. Pomógł nam w tym nasz nowo zakupiony przewodnik. Wybraliśmy z niego jedną z proponowanych pieszych wycieczek po zabytkach znajdujących się w centrum. Nie udało nam się wyjść jakoś wcześnie rano, bo po pirwsze: było za gorąco na zwiedzanie miasta autonogą, po drugie:wstaliśmy gdzieś koło 13 😀 Śpimy tu oporowo! Wyszliśmy więc, koło 17 i spokojnie zaczęliśmy penetrować szlak z przewodnika. Przejście całej trasy zajęło nam około 2h, część z tego czasu zajęło nam bujanie się po sklepach z pamiątkami i kręcenie głową, na widok tego co można było w nich kupić. Odpust jak na Wielkanoc. Podczas spaceru, wiedzieliśmy sporą cześć starego Montrealu. Zabudowa spoko, pełno rzeźb, instalacji, budynków starych, może nie aż tak starych jak Biskupin, ale jak na Kanadę i USA to starych (niektóre stoją już nawet 3 wieki o.O). Po ukończeniu trasy z przewodnika, przeszliśmy do kolejnego etapu zwiadu, czyli staropolskie: „idziemy tędy”. Więc wleźliśmy, przypadkiem, na teren opuszczonego zakładu przemysłowego; prześledziliśmy bieg i działanie śluzy wodnej; tropiliśmy amfibię i podglądaliśmy golasów w spa na jednym ze statków oraz przemaszerowaliśmy sporą cześć nadrzecznego deptaku. Przechodzilismy tak do zapadnięcia zmroku, po czym z niemałym trudem odnaleźliśmy metro i pojechaliśmy do naszego nowego, tymczasowego lokum. W Montrealu, nie chce za bardzo działać nam nawigacja a mapa ogranicza się do centra centrum, dlatego sporo nam czasu zajmuje zlalezienie człowieka, który się orientuje w topografii miasta, mimo że mieszka w nim od urodzenia.

IMG_1827 IMG_1823 IMG_1810 IMG_1807 IMG_1804 IMG_1796 IMG_1790 IMG_1785 IMG_1780 IMG_1772 IMG_1764 IMG_1760 IMG_1752 IMG_1749

W czwartek obudziliśmy się bardzo wczesnym południem, gdzieś o 12:15. Mieliśmy kilka dni zastoju treningowego, to trzeba by się w końcu zmobilizować i ruszyć w teren poszukać miejsca, sprzyjającego ruchowi i gimnastyce. Dołączyła do nas jedna z gospodyń hacjendy, szalona pasjonatka muai-thai. Znała okolicę i wiedziała, gdzie można coś porobić. Zaprowadziła nas do parku, machnęliśmy sobie krótki dwugodzinny tren, składający się głównie z pompek i przysiadów. Nawet się po nim pojawiły mi drobne zakwasy na plecach(?!?), ale do przeżycia, plecak dałem radę nosić. Po tren obiadek i wypad wieczorem na miasto, już raczej w celach spożycia lokalnych napojów wyskokowych, niż poznawania urbanistyki Montrealu. Byliśmy w barze, w którym jeden z bywalców koniecznie chciał wiedzieć jak się mówi po polsku „kocham cię bardzo mocno”, oczywiście otrzymał tłumaczenie, po czym zapisał je radośnie w telefonie: „ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić”. Będzie mógł chłopina zabłysnąć. Później przebiliśmy się na disko, klimatem przypominające te na Ro, z troszeczkę większą ilością queerów i gorszą nieco muzą. Pobujaliśmy się w rytmach electro, wypiliśmy po Borealu i poczłapaliśmy do domku.

Kolejnego dzień. Upał nam się wlał do mieszkania i należało się jak najszybciej ochłodzić, bo nie ma klimatyzacji. Gospodyni, zdradziła nam znany wszystkim mieszkańcom sekret: baseny w mieście są za darmo. Od razu oczami wyobraźni zobaczyłem jak to pewnie wygląda: stado ludzi z grillami, pontonami, parasolami, leżakami,radiem, piłką plażową i badmintonem, okupują brzegi miejscowych, darmowych obiektów. No nic, za gorąco żeby siedzieć w domu. Idziemy sprawdzić czy rzeczywiście ujrzymy w myślach obraz, zaczerpnięty nota bene z rodzimego kraju, zobaczymy tutaj. Na miejscu, sporo rozczarowanie. Pełna kultura, każda osoba ma kawałek betenowego brzegu lub zielonej trawy dla siebie, cisza, nikt kiełby nie smaży, radio z yrymyfyfem nie gra. Hmm. WTF? Dla nas spoko :)) Basen nieduży, woda rześka, słońce świeci do chałupy blisko. Popołudnie z głowy.

Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na dużą kolację do jednego ze znajomych. Przyszło około 20 gości i było baardzo dużo przepysznej tarty szpinakowej i ciasta. Wieczór spędzony przy stole, z napchanym brzuchem i luźnymi pogawędkami zaliczony do przyjemniejszych tutaj.

W sobotę znowu zaspaliśmy, by móc zacząć dzień jak chcieliśmy, miał być tren i zwiedzanie okolicy. A skończyło się na zrobieniu obiadu i wieczornym wypadem na miasto. Umówiliśmy się ze znajomą, która miała nas zabrać na koncert połączony z wrestlingiem. Na miejscu okazało się, że jest tylko koncert i jakieś dziwne pefrormance. Nie wysiedzieliśmy w knajpie za długo, duszno i jakoś mało ludzi, ogólnie słabo. Zdążyliśmy na ostatnie metro do chałupy i padliśmy od razu do łóżek.

Dzień wyjazdu zostawiam już do opisania M. Podsumowując nasz pobut w Montrealu, powiem tylko: Montreal, extra!! Jeśli się ktoś waha przed wyborem USA czy Kanada, to walić jak w dym do kraju niedźwiedzi i syropu klonowego. Tutaj ma się poczucie, że miasto klimatem jest gdzieś w Europie i tylko odległościowo hen za wielką wodą. Zwiedzaliśmy je przez dwa dni, ale wystarczyło żeby urzekł nas jego urok. Dodatkowo, przypadły na niego nasze dni odpoczynku od biegania po muzeach, szukania atrakcji, gorąca i hałasu. Mieszkanie jak i okolica, w której się zatrzymaliśmy idealnie się do tego nadawało, zważywszy na to, że nie wiedzieliśmy co nasz czeka na miejscu.

M: Ale ten czas zleciał jak z bicza strzelił! Teraz już dwa dni i trzeba porobić zakupy żeby cokolwiek przywieźć.

W Montrealu rzeczywiście było super, mega czill, którego bardzo potrzebowaliśmy. Poznaliśmy sporo ludzi, wszyscy bardzo mili, po mieście chodzi się bez strachu, bo wszyscy są wyluzowani, wszędzie wlepy i wrzuty @, jak w domu 🙂

J. napisał co mniej więcej robiliśmy (prawie nic :)). W ostatni dzień poszliśmy na targ, na którym pracuje jedna z dziewczyn, u których spaliśmy. Wielki na maksa, o wieeeele większy o takiego jeżyckiego i milion razy większy wybór. Porobiłam focie różnym nieznanym nam warzywom i owocom. Stała też zagroda z żywymi zwierzętami, nie wiem po co, w jednej klatce było pełno ptaków, włącznie z pawiem a w drugiej kozy, owce i lamy, zwierzęta spasione aż pękały a gorąco jak cholera to też strasznie dyszały, pytałyśmy S. o co chodzi, nie wiedziała, bo chyba nie są na sprzedaż te zwierzęta.

IMG_1850 IMG_1849 IMG_1847 IMG_1846 IMG_1844 IMG_1843 IMG_1842 IMG_1841 IMG_1840 IMG_1837 IMG_1834 IMG_1833 IMG_1831

Przy okazji pozaglądaliśmy sobie do śmietników, a tam tony żarcia, w tym dwa kartony super hiper gluten fri wegan koszer fitness batonów, które oczywiście zgarnęliśmy i będziemy konsumować chyba jeszcze w Poznaniu.

IMG_1851

Wieczorem umówiliśmy się na kolację pożegnalną. W warzywniaku można było kupić kapustę kiszoną, więc stwierdziliśmy, że robimy pierogi. Ja nigdy nie robiłam pierogów, J. tylko farsz więc było wesoło ale w końcu udało się i możemy ogłosić pełen sukces. Zrobiliśmy ze 40 sztuk, wszystkie zniknęły raz dwa, były bardzo pyszne i wyglądały jak z żurnala! Nażerliśmy się jak mopsy w sam raz na nocną podróż autobusem.

Na dworcu odprawa poszła bardzo sprawnie, nie było pustych miejsc i ruszyliśmy w kierunku kraju marzeń. Do granicy jest niecała godzina drogi także nawet się nie kładłam spać. Amerykanie mają trochę inny system kontroli paszportowej, idą wszyscy pasażerowie autobusu z paszportami, biletami i pieniędzmi do oddzielnego pomieszczenia, gdzie podchodzi się do okienek z celnikami i odpowiada na standardowe pytania. Nasz celnik o nazwisku Baranek był wyjątkowo nami niezainteresowany, zapytał się co robimy w życiu, ja że ticzer, J., że wysokościówa, nauczyłam go w końcu jak to się mówi, po czym celnik nic nie zrozumiał i patrzył się na mnie wzrokiem „co on powiedział?”, ja powtórzyłam za J., po czym celnik powiedział „na wysokościach?” (tak, J. właśnie użył tych samych słów) 🙂 Powiedziałam, że mamy samolot za 4 dni i od razu nam kazał iść. Potem zasnęliśmy i po 6 godzinach obudził nas kierowca mówiący „Lejdis end dżentelmen, Niu Jork Syty”.

W NYC z przygodami związanymi z remontem naszej linii metra udało nam się dotrzeć na nową metę i po przegranej walce z dmuchanym materacem zasnęliśmy na podłodze aby wyprostować plecy po śnie w autokarze. Nie wytaczaliśmy się za bardzo z domu, zrobiłam tylko zakupy, J. poszedł po (saprjaz saprajz!) pizzę a wieczorem wybraliśmy się na Coney Island na pokaz filmu na plaży, puszczali „Grawitację”, w porządku film, Amerykanie jak zwykle przeżywali jakby to o nich było i jak była kluczowa scena to bili brawo 🙂

13924_10204043814548494_7659296541418167368_n

to jest POJEDYNCZA porcja lodów, I swear!

to jest POJEDYNCZA porcja lodów, I swear!

A teraz trzeba się zbierać na zakupki, tzn ja bo wolę J. ze sobą nie brać 🙂 Do zoba już za kilka dni mordeczki!

Otagowane , , , , , ,

Groby, plaże, street art, Rijana i jesteśmy w Kanadzie

M: Już na ziemi kanadyjskiej. Znowu nam opowiadali legendy o strasznej kontroli granicznej i znowu było na luzie. Celnik nawet nam powiedział, że wódkę, którą wieziemy w prezencie wieziemy dla siebie bo w prezencie byśmy musieli płacić podatek, więc zgodnie stwierdziliśmy, że wódka jest jednak dla nas. Ale chyba ktoś z autobusu coś przeskrobał bo ciągle czekamy na jednego typa.

Granica Ameryky czyli loteria: kto wjedzie, kto nie wjedzie

Granica Ameryky czyli loteria: kto wjedzie, kto nie wjedzie

Ostatnie kilka dni bujaliśmy się po całym Nowym Jorku, nie po samym Manhattanie, ale po innych okolicach.

Umówiliśmy się z dziewczyną, u której mamy spać tuż przed wylotem. Mieszka na Brooklynie, ale to w ogóle nie ułatwia zadania gdy mieszkasz na północnym Brooklynie a ktoś na południowym. Bushwick, gdzie dotychczas kimaliśmy jest bardziej na północnym-wschodzie, a musieliśmy się dostać na południowy-wschód. A metro jest tak zbudowane, że Manhattan zjedziesz sobie wzdłuż i wszerz według uznania (w dzień) a na Brooklynie jest tylko jedna linia, która biegnie z góry na dół, reszta jest z zachodu na wschód więc trzeba się potłuc autobusem i przebijać na oddalone linie metra. Po prawie godzinie udało nam się dotrzeć. Na miejscu zaczęły się nam objawiać tabliczki z placami Matki Boskiej Częstochowskiej i polskie biura podatkowe, a nie był to Greenpoint. Polskiego języka jednak nie usłyszeliśmy. Uf. Koleżanka okazała się super, mieszka z 19-letnim (!!!) kotem i istnieje duże podejrzenie, że się kiedyś poznałyśmy w Poznaniu, ponieważ była tam z Living Theater. Zabrała nas na super chai latte a potem na spacer po Greenwood Cemetery, czyli na cmentarz, jeden z najbardziej zabytkowych i największych w Nowym Jorku, gdzie leży kilku celebrytów. Cmentarzysko jest ogromne a groby to jakiś pokaz mody, są szalone niedźwiedzie siedzące okrakiem na płycie nagrobnej, wszędzie znaczki masońskie, dziwno-straszne popiersia i wszystko co sobie nieboszczyk wymarzy. Jest też widok na Statuę Wolności, do której macha podobna pani stojąca na cmentarzu, moim zdaniem bardziej gustownie ubrana 😉

Brama trochę strasznawawa

Brama trochę strasznawawa

Ja chcę taki z Czarunią

Ja chcę taki z Czarunią

Wesoła rodzinka

Wesoła rodzinka

Ona macha do statuy

Ona macha do statuy

Pomieszanie z poplątaniem

Pomieszanie z poplątaniem

Chodziliśmy sobie, gadaliśmy o starych karabinach i ustawiliśmy się na kimanie u niej po powrocie z Montrealu.

Do Montrealu mieliśmy jechać pociągiem ale nasza wyprawa na PKP zakończyła się fiaskiem, na pociąg został jeden bilet, pojechaliśmy na PKS i ciągle się tłuczemy, pociąg jedzie co prawda dłużej ale komfort większy. A tymczasem ciągle czekamy na szmuglera z naszego autobusu.

Po poszukiwaniu biletów i przystanku na pizzę (nie mam siły na J. I jego ciążowe zachcianki) doczłapaliśmy się do MET czyli największego muzeum sztuki w NYC. Było dość późno i byliśmy trochę styrani a w planie był pokaz filmu o Stolarskiej kilka godzin później więc wycieczka po MET była krótka, było też dużo ludzi, także tym bardziej męczyła. Uwaga, MET to kolejne muzeum, które podaje sugerowaną cenę za wstęp więc Polaki wbijają za dolca, frajerzy za $25. Zdjęcia z muzeum poniżej.

IMG_1323

cycki!

pisiak!

pisiak!

IMG_1374 IMG_1371 IMG_1366 IMG_1364 IMG_1349 IMG_1347 IMG_1345 IMG_1336 IMG_1331 IMG_1330 IMG_1325 IMG_1314

[Update o szmuglerze: autobus czekał godzinę a celnicy zapomnieli powiedzieć kierowcy, że koleś na którego czekamy został odesłany z powrotem do USA. AAAAAAA!!! Ciśniemy na Montreal.]

Pokaz filmu był OK, zaplanowany na piątkowy wieczór, więc frekwencja nie powaliła ale co tam, różne prezentacje się w życiu robiło. Nowojorczycy oczywiście nic nie wiedzieli o Polsce, podejrzewam, że po powrocie do domu sprawdzali, gdzie leży na mapie. Po pokazie poszliśmy na piwo do pobliskiego baru Gotham City, który mijaliśmy codziennie, ale w ciągu dnia wyglądał jak opuszczona suterena a w nocy schodziła się tu lokalna ekipa, raczej biali i Latynosi. Cała barówa wyklejona gadżetami Marvela, to może J. o tym coś więcej napisze 😉 Piwo za dwa dolce więc spoko, ale było tam tak gorąco, że po wypiciu odpowiednika biedronkowego VIPa poszliśmy na drugą stronę ulicy do knajpy obok miejscówki @, gdzie było już o wiele drożej, ale można było odsapnąć i usiąść w cichszym pomieszczeniu. A, i tam dominowali czarni, taka ciekawostka. Towarzystwa trochę się nazbierało, popiliśmy, poplotkowaliśmy i poszliśmy do domu, z J. mieliśmy 3 minuty z buta więc nie było przygód z dojazdem ( a o nocnych przygodach będzie jeszcze!).

W sobotę zaplanowaliśmy sobie wycieczkę na Coney Island (które nie jest wyspą moi drodzy!), udało nam się wytargać i ruszyliśmy na saaaam południowy koniec Brooklynu znany z plaży i wesołego miasteczka. Wjeżdżając na ostatnią stację pojawia się plażowo-kiczowaty krajobraz z dominującym diabelskim młynem. Ludziów jak mrówków. Ale w miarę czysto. Amerykany oczywiście w kolejkach po żarcie a potem ze schowanym browarem opalają brzuchy na plaży. Przeszliśmy się bulwarem aby wszystko obadać. J. wpadł w oko oczywiście plac z drążkami, gdzie mięsiści chłopcy wywijali piruety. Nad plażą fruwały kolorowe latawce rozmiarów olbrzymich o szalonych kształtach. Klapnęliśmy sobie w końcu chwileczkę odpocząć na plaży, mnie woda z oceanu nie kusi, więc nie było kąpanka. Po krótkim odpoczynku poszliśmy zobaczyć luna park. Banda decydentów nas oszukała, bo na stronie czytałam, że na kolejkę można sobie wejść za siedem dolców a tu się okazało, że trzeba kupić karnet za $40 i potem wydawać te cztery dychy na różne atrakcje. A że mamy postanowione wydawanie kasy na ostatni tydzień to ze smutkiem odpuściliśmy sobie kolejki, znaczy się, ja to na większość z nich dostawałam sraki i nie chciałam iść, chciałam się bujnąć na konikach albo w samochodzikach się poobijać ale może następnym razem.

takie cuda fruwają

takie cuda fruwają

reszty nie było :(

reszty nie było 😦

bede ghuuuba

bede ghuuuba

Coney Island z daleka

Coney Island z daleka

tam wszyscy zierli

tam wszyscy zierli

Prędzej umrę niż tam usiądę

Prędzej umrę niż tam usiądę

Musieliśmy pędzić z powrotem na Bushwick, bo umówiliśmy się ze współlokatorem, że jedziemy na Manhattan na wystawę street artu. To wydarzenie, o którym piszę to wystawa tylko na dwa weekendy w starej komendzie policyjnej, która za dwa tygodnie będzie wyburzana. Artyści się jakoś dogadali, że mogą sobie zrobić z budynkiem co chcą a potem i tak go zburzą i tak. W środku było zdecydowanie za dużo ludzi, ale wydarzenie było w miarę spoko, na jednym piętrze grali didżeje a wiara sobie robiła w kółeczku dance battle. Miało być do 22 a o 21:30 zaczęli przeganiać towarzystwo więc poszliśmy se i zrobiliśmy sobie spory spacer po Manhattanie wpadając po drodze do księgarni @, bez zakupów. Droga trwała tyle, że zanim dojechaliśmy odechciało nam się łazić po knajpach i skończyło się na browarku na chacie. Focie tu:

IMG_1475 IMG_1468 IMG_1463 IMG_1452 IMG_1448 IMG_1446 IMG_1445 IMG_1438 IMG_1436 IMG_1435 IMG_1434 IMG_1433

Kolejny dzień znowu był pod znakiem street artu, zabukowaliśmy sobie darmową wycieczkę o street arcie na Bushwicku. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, ze wycieczka liczy koło 30 osób, co mnie nieco przeraziło. Lokalsi mieli z nas ubaw ale nic to. Wycieczka spoko, chodziliśmy po części post-industrialnej, wyhaczyliśmy pracę Swoon na ulicy i posłuchaliśmy sporo o scenie graffiti w NYC. Nie mogliśmy zostać do końca niestety bo trzeba było zawijać na koncert Rihanny w New Jersey.

Dotarliśmy specjalnie podstawionym pociągiem pod sam stadion-landarę. Ludzi miliard. Dobiliśmy do naszego sektora na trzecim piętrze, lekki lęk wysokości się włączył ale przeżyłam. Scenę widzieliśmy z oddali, dobrze, że były telebimy. Co ciekawe, Amerykany przyszły raczej na Eminema, on ma tam status pół-boga, Rijana spoko, ale po pierwsze, nie jest z Ameryki a po drugie, nie jest z Ameryki 😉 My przyszliśmy wiadomo dla kogo. Koncertu na taką skalę jeszcze nie widziałam, wszystko zaczęło się w miarę na czas, bez żadnych wtop, profeska max. Riri jak zwykle była bjutyful, zrobiła się na grandża w koszulce Dżima Morisona i w spodniach z suwakami, Eminem ubrał kaptur na łeb i zadowolony. Ona występowała pierwsza, bo znała swoje miejsce 😉 Szkodka, że nie było ram pa pa pam Man Down, ale były inne hiciory więc jestem zadowolona, ale następnym razem chyba się szarpnę na lepsze miejsce, bo takie oglądanie małych ludzików na scenie to trochę bezsens 😉 Amerykany na widok Eminema dostawali szału macicy, rapowali całe teksty, piszczeli i srali pod siebie. Sporo było zapaszku marihuaniny, ale jakoś trzeba było się ubawić, skoro płyny na bramce zabierali a najtańszy browar za 10 baksów. Aha, i były wszystkie pokolenia, no dobra, może nie 80-latkowie ale 60-latków widziałam, całe rodziny poprzychodziły z 10-letnimi dzieciakami i to. Koncert się skończył i wszyscy srrruu na pociąg. Udało nam się wskoczyć w drugi sort i w końcu ruszyliśmy w stronę NYC. Dotarliśmy jakoś po północy i liczyliśmy na metro. Ale po pierwsze noc, po drugie niedziela. Syf, kiła, mogiła. Jeden pociąg udało się złapać na dół Manhattanu ale tam zaczęły się cyrki, nasza linia miała jakiś przestój weekendowy a druga co miała jeździć ni widu ni słychu, w końcu mówimy dobra jedziemy inną trochę dalej na Brooklyn. Czekaliśmy chyba z pół godziny, już był strach, że trzeba będzie bulić na taksi ale przyjechało. Na mapie wyglądało, że w miarę blisko, ale mimo że wysiedliśmy na Bushwick Avenue czyli naszej ulicy to byliśmy 700 numerów domów dalej 🙂 Ale żołnierskim marszem pokonaliśmy nocny Brooklyn w pół godzinki, po drodze nie mijaliśmy prawie nikogo, specjalnie ominęliśmy ulicę Broadway gdzie troszeczkę chyba bałabym się spacerować po nocy. Na metę doczłapaliśmy o trzeciej a pobudka o ósmej więc nie za luksus.

IMG_1647 IMG_1635 IMG_1623 IMG_1618 IMG_1611 IMG_1596

Z dobiciem na PKS nie było jednak problemów a resztę właściwie już wiecie. Buziaczki mua mua ram pa pa pam!

J: Siamano!! Dziś wtorek wieczór. Opuściliśmy amerykańską ziemie, jesteśmy w Montrealu. Po 11 godzinach jazdy w autobusie dotarliśmy na miejsce. W podróży skończyłem książę Nesbo „Syn”, nawet niezła, przypomina mi trochę Punishera, tylko mniej w niej krwi i trupów. Jak na pierwszy dzień pobytu w Kanadzie, jest spoko. Chłodniej trochę i mniej rozumiemy co ludzie do nas mówią, bo tu większość goda jednak po francusku, również wszelkie informacje są zapisane w tym języku, ale dajemy sobie radę.

Ostatnie kilka dni spędziliśmy raczej na luzie, bez szaleńczego trybu zobaczenia wszystkiego co możliwe. Poznaliśmy kilka nowych osób, byliśmy w kilku fajnych miejscówkach i jedliśmy jedną z lepszych i tańszych pizz. Widzieliśmy ciekawy cmentarz, na który zabrała nas znajoma. Cmentarz, nie podobny do żadnego przeznaczonego dla ludzi w Polsce, bardziej wyglądał na taki dla zwierząt, bo takie skojarzenie mi przyszło do głowy widząc takie zoo. Były tam piramidy, obeliski, popiersia i posągi nieboszczyków, grobowce przywodzące na myśl wampirze kryjówki, jeziorka i jeden żywy świstak, paradujący wesoło między mogiłami. Po pokazie filmu, odwiedziliśmy barówę Gotham City. Ciasne i ciemne miejsce, całe w plakatach herosów z amerykańskich komiksów i figurek zwisających z sufitu. Szukałem Bane’a ale akurat jego nie udało mi się odszukać w elementach wystroju. Miejsce niezłe, ze względu na cenę piwo+shoot=3$. Tanio i to nawet bardzo jak na lokal tutaj. Po wizycie w kolejnym barze i aplikacji kilku browarów, udaliśmy się mętnym krokiem do domu.

W sobotę, zwiedziliśmy miejscową plażę. Nie skorzystaliśmy z atrakcji, które proponował luna park, bo tak naprawdę nie mieliśmy czasu. Będziemy musieli tam wrócić, jeszcze przed odlotem, bo chcę zobaczyć jak M będzie wiszczeć ze strachu, wsiadając ze mną do kuli, którą wielka proca miota na 50 metrów w górę:D Wieczorem wyjście do posterunku policji przemienionego na wystawę street artu, gdzie wiara łaziła wystrojona jak stróż w Boże Ciało, oglądając sztukę ulicy. Zabawnie było na to patrzeć, ale może tak się powinno chodzić na takie wystawy. Tego nie wiem, bo ja nie tutejszy, ja z Polska, nieznaju.

Niedziela, to spacer po Brooklynie. Wzięliśmy udział w pieszym zwiedzaniu ulic, które stały się lokalnymi galeriami dla wszelkiej maści ulicznych artystów. Kierowały wycieczką dwie osoby, które mieszkają w tej dzielnicy i na co dzień też coś tam tworzą. Opowiedzieli sporo o tym co się dzieje na tym terenie, kto robi te pracę, jak to się stało że to akurat tu tworzy się taka galeria. Miejsce bardzo fajne do odwiedzenia, gdyż jest tak jakby enklawą, która nie pasuje do reszty Brooklynu, który widzieliśmy. Pełno tu grafitti, plakatów, wyklejanek, szablonów, które nie są bublami, czy przypadkowym tagiem „tu byłem” lub malunkiem wielkiego fallusa na ścianie, ale spójnym zbiorem ciekawych prac, które robią wrażenie na przechodzących osobach. Kilka zdjęć tu:

IMG_1549 IMG_1545 IMG_1543 IMG_1541 IMG_1533 IMG_1530 IMG_1526 IMG_1523 IMG_1518 IMG_1517 IMG_1516 IMG_1505 IMG_1502 IMG_1501 IMG_1497 IMG_1493IMG_1573 IMG_1566 IMG_1564 IMG_1562 IMG_1557 IMG_1552

Wieczorem koncert Riri, można się było spodziewać jak będzie. Hehe. Po koncercie 4 godzinny powrót do mieszkania, mieliśmy tam dotrzeć w jedną, ale wiadomo niedziela, remonty i motto ostatniego dnia: coś się na pewno spier…li.

Po trudach podróży i bólu 4liter po wielogodzinnym siedzeniu w jednym miejscu jesteśmy w Kanadzie. Odnaleźliśmy nasze lokum, w którym przekoczujemy kolejne kilka dni i poszliśmy wraz z naszą nowo poznaną koleżanką Jannis do barówy. Prawdziwe swojskie powitanie. Strzeliliśmy po piwku, zapoznaliśmy się jeszcze z kilkoma osobami z ekipy i lekko zmęczeniu poczłapaliśmy do mieszkania.

Poranek, extra. Potrzebowaliśmy snu i ciszy, tego drugiego w NYC nie uświadczysz, przez co to pierwsze jest aplikowane bardzo umiarkowanie. Tutaj – raj, cisza i spokój. Na ulicy nie ma aut z rozkręconym na full volume i bijącym z głośników z „I woke up in the new bugatti!!”. Pospaliśmy do 12, wizyta w sklepie i pożywne śniadanko: tofucznica z pieczarkami i cebulą, hummus, świeże pomidory, sałata, rzodkiewka i oliwki. Jest moc na zdobywanie Montrealu! A że nie mamy ułożonego planu co tu dokładnie robimy to wsiedliśmy do metra i pojechaliśmy do centrum. Centrum wygląda inaczej niż w NYC czy Bostonie. Nie jest tak zatłoczone przez ludzi i auta, jest czysto, spokojniej, tylko ludzie jacyś tacy krzykliwi. W USA wiara nie rozmawia ze sobą, tak by słyszała ich cała ulica, a tu jak w Europie. Drą do siebie ryja, krzyczą do telefonów a dodatkowo w jednym z europejskich języków. W przewodniku, który posiadamy odnaleźliśmy wskazówkę, która zaprowadziła nas na najwyższy punkt w Montrealu. Prowadzi do niej całkiem niezła droga, pełnej biegaczy i spacerowiczów, a która biegnie zygzakiem pod górę. Tylko nam jakoś szkoda było czasu brnać nią poniekąd wokoło, to wybraliśmy trasę na skróty czyli: w górę. Po przyjemnej wspinaczce zboczem i skorzystaniu z kilku schodów dotarliśmy na szczyt „a im oczom ukazał się las”…miejski las. Widok z tarasu jest naprawdę imponujący. Widać caaaaałe miasto. Po krótkim odpoczynku zeszliśmy w ten sam sposób i udaliśmy się w głąb miasta, którego panoramę podziwialiśmy przed chwilą. Widzieliśmy kilka muzeów, jeżeli się uda znaleźć darmowe dni, to może i zobaczymy je od środka. Znaleźliśmy taniego falafla i kilka free spotów wi-fi (bo hasło do domowego zdobyliśmy dopiero teraz). Cała przechadzka zajęła nam kilka ładnych godzin, więc żeby się nie zamęczyć pierwszego dnia, pojechaliśmy na nasz kwadrat. Pierwszy dzień wizyty zaliczam do mega udanych. Pozdro all!!
Montreal na pierwszy rzut oka:

IMG_1745 IMG_1744 IMG_1743 IMG_1732 IMG_1725 IMG_1724 IMG_1722 IMG_1716 IMG_1715 IMG_1712 IMG_1710 IMG_1700 IMG_1698 IMG_1696 IMG_1676 IMG_1673 IMG_1670 IMG_1669

Otagowane , , , , , , , , ,

Znowu NYC

J: Jesteśmy znowu w NYCity. Znamy już miasto co nieco,nieco więcej niż za ostatnim razem, kminimy metro. Gdzie, czym i w którą stronę należy jechać. Jeszcze tak z tydzień tu pobędziemy i zaczniemy jak prawdziwi nowojorczycy chodzić po ulicach z klapkami na oczach, obojętni na wszystko co się wokoło nich dzieje. No może przesadzam, może aż tak byśmy się nie zmienili bo przecież należymy do jednego z najbardziej przyjaznych i kontaktowych narodów. Ja akurat te dwie cechy przypisuje nadmiernemu spożyciu czystej, ale niech zostanie, że jesteśmy kontaktowi i przyjaźni z natury.

Po powrocie, stwierdziliśmy,że nie ma co zarastać tłuszczem i trzeba znaleźć czas na mały trening. Jest tu niedaleko park w którym znalazłem przydatne urządzenia treningowe, drążki i poręcze. Nie za wiele tego, ale na moje i M potrzeby, styknie. Było ciężko, bo upał okrutny, jakby Słońce akurat tego dnia stwierdziło, że w Nju Jorku jest za ciemno i zapragnęło solidnie doświetlić miasto. Tym razem nawet udało się zrobić treściwszy workout, bo aklimatyzację i chwilowe osłabienie chorobą mamy już za sobą.

you must always keep training!!!

Po tren, machnęliśmy szybki obiadek w domu. Doszliśmy do wniosku, że robiąc obiady w chałupie zaoszczędzimy sporo na jedzeniu, żeby móc wydawać później geldy na pierdoły:) A i mniej shitowego jedzenia, dzięki temu wchłoniemy. Chociaż ciągle nie mogę się oprzeć 1$ Pizza… bierzesz za dolara jeden kawałek maragritki i nie musisz kupować całej za 20 dolców. To jest uzależniające, bo ciągle mam jakieś jednobanknotowe dolary w kieszeni i cały czas napotykamy na swojej drodze tego rodzaju oferty pizzerii. Skończyliśmy obiadek i postanowiliśmy ruszyć się z naszego apartment na Manhattan. Upatrzyliśmy sobie dolną jego część, bo podobno tam jest dużo street artu i ogólnie, dzielnica ładna. Było wszystko to co miało być: art-był, okolica-spoko, pizza-1$, hipsterzy-opór. W sumie pochodziliśmy kilka godzin ulicami po czym wróciliśmy na nasze hood, bo wieczorem chcieliśmy iść na spotkanie z Niemiecką ekipą. Mieli robić wykład w miejscówie The Base, ale wyszło na to, że przez godzinę czytali jakieś smuty i pokazywali jakieś mało ciekawe filmiki. W dodatku, potwierdziło się, iż Niemcy to suchary. Nie daliśmy rady wysiedzieć do końca spotkania, więc wróciliśmy po 22 home i poszliśmy spać.

trochę street artu z East Village

trochę street artu z East Village

IMG_1194 IMG_1195 IMG_1196 IMG_1198 IMG_1199 IMG_1200IMG_1173 IMG_1176 IMG_1181 IMG_1183 IMG_1187 IMG_1188 IMG_1189 IMG_1190 IMG_1191

Wtorek, pobudka o 10, mały tren, bo pogoda była sprzyjająca, lekkie zachmurzenie i z nieba już dziś nie lał się żar. Musieliśmy się streszczać z wyjściem na miasto. Mieliśmy zaplanowany koncert w Central Parku a później wejście do klubu Caroline, gdzie można zobaczyć w miarę tanio standupy. Udało nam się ogarnąć z ćwiczeniami i obiadem do 15, więc ok 15:30 już miałem w ustach 1$ PIZZĘ (pozdro ekipa DopchajTo!!). Przy okazji, tak zakpiłem buty, bo niby okazja, bo już mi się nie chciało ściągać, bo po drodze, bo i tak miałem kupić jakieś mniej rozjebane (nowe). Jarałem się wtorkowym koncertem, bo był w Central Parku, lubię to miejsce, mimo że śmierdzi kupą, to kojarzy mi się z kilkoma grami i filmami, których fabuła niejako dotyczyła tego miejsca i zawsze chciałem się po nim pobujać. A jest w gdzie. Pełno w nim ścieżek, subtelnych i intymnych zakątków. Bez kitu jest fajnie zaprojektowany, można się w nim śmiało pogubić by odkryć, kilka ciekawych przestrzeni.

i Jagiełłę postawili w Centralu chu wi po co

i Jagiełłę postawili w Centralu chu wi po co

Po przeszło 40 min podróży metrem, akurat trafiliśmy na nieklimatyzowany pociąg i godziny szczytu, akurat czas nastał czas powrotu wiary z roboty. „Lekko” ociekający potem wydostaliśmy się z metra i ruszyliśmy do parku na poszukiwanie muszli koncertowej. Znaleźliśmy miejsce, gdzie zazwyczaj grają koncerty, ale na ku naszemu zdziwieniu dziś akurat żadnego nie było na scenie, chociaż newsletter, wyraźnie podawał 12.08.2014 jako dzień koncertu. Spoko, sprawdziliśmy jeszcze raz, no i oczywiście, dobrze jest dokładnie przeczytać co widnieje na stronie. A na stronie jest napisane, zespół zagra któregoś wieczoru w przedziale od 12.08.2014do 12.09.2014. Idziemy więc dalej wg planu, czyli na stan-dupy. W tym czasie zaczęło padać, a że byliśmy prawie w lesie, to prawie nie było gdzie się schować a lało jak z cebra. Po wyjściu z Centrala i zaopatrzeniu się w parasolkę za 5 $, powinna kosztować, jak na taki badziew, to max z 2, dotarliśmy 40 min spóźnieni do klubu. Dzięki temu nie zapłaciliśmy pełnego wstępu i nie musieliśmy zamawiać wymaganych dwóch drinków. Również, na nasze szczęście, wszystkie widziane występy były śmieszne, co nam mocno poprawiło humor po „super koncercie” i przemokniętym ubraniu. Wyszliśmy z bananami na twarzy i nawet udało mi się zaciągnać M. na selfie na Time Square. Jedna fota i hyc do metra, zawinęliśmy na nasz rejon.

rób zdjęcie i spietalaj

rób zdjęcie i spietalaj

Plan na środę, wizyta w muzeum i 1$Pizza 😀 Tak, M zaczęła mnie przekupować tą przekąską, jeśli nie chce zbytnio gdzieś leźć. Brooklyn Museum znajduje się na Brooklynie w części, bardziej fancy, od tej w której pomieszkujemy. Pełno tu odnowionych kamienic w których mieszkają zazwyczaj rodziny, a nie zbieranina 20 os z ogłoszenia. Błądziliśmy sobie po dzielnicy, zanim przeszliśmy dystans dzielący metro od muzeum, w czasie 5 razy dłuższym niż powinien nam zająć taki spacer. Muzeum, jak muzeum. Ludzie, sztuka, ludzie, sztuka. Jedna z ekspozycji mi się mega spodobała, zresztą M. specjalnie mnie na nią zwabiła, gdyż autorka wystawy jest jedną z jej ulubionych artystek street artu. Może więcej o pobycie w muzeum i wystawach napisze M. Ja dodam tylko, że po powrocie do pokoju obejrzeliśmy „22 jump street”, równie dobre co pierwsza część. Ode mnie to już wszystko. Trzymajcie się i do zoba!!

Brooklyn nie dla bidaków

Brooklyn nie dla bidaków

IMG_1218 IMG_1219

M: To ja. Niu Jork trochę sie już nam obył, w sensie nie mamy już takiej podjary jak na samym początku, że aaa chodźmy tu aaaaaa chodźmy tam, ten tydzień przeznaczamy na aklimatyzację w stylu domowym, czyli treningi rano, po południu obiadek, a później różne atrakcje. W przyszłym tygodniu w Kanadzie pewnie będzie ciężko tak systematycznie zaplanować sobie tydzień. Poza tym, jedzenie na turyście jak w Bostonie czy w Provincetown, mimo że pyszne, to tuczące i drogie. A chcemy się zmieścić w fotelach w samolocie.

ale kubełek lodów kokosowych o smaku ciasteczek nie zaszkodzi

ale kubełek lodów kokosowych o smaku ciasteczek nie zaszkodzi

Obserwujemy zachowania nowojoczyków, którzy są strasznie skomplikowanymi istotami. Z jednej strony w metrze zero kontaktu wzrokowego i cielesnego (panie wstają jak J. siada obok nich), a z drugiej zdarzają się tacy, co jak widzą zagubionych turystów, podchodzą i z radością wskazują drogę. Taki pan do nas podszedł przedwczoraj i nie wiedziałam, czy chce nas okraść, sprzedać dragi czy co, ale po rozmowie ze współlokatorem dowiedzieliśmy się, że są nowojorczycy, którzy bardzo lubią popisywać się swoją wiedzą o topografii miasta. A propos współlokatora i nowojorczyków, niby takie gbury, ale jechaliśmy z nim wczoraj metrem a ma on teraz lewą rękę na temblaku i wchodzi dziewczyna z lewą ręką na temblaku. Zaczęliśmy się śmiać, ona podeszła i zaczęli sobie gadać o doświadczeniach kontuzyjno-szpitalnych (bo zarówno ona jak i nasz współlokator średnio raz na rok robią sobie ała), także chyba nie do końca jest tak, że ludzie stąd boją się innych. Tak jak mówiłam, skomplikowany temat.

Jak pisał J. Poszliśmy razem ćwiczyć do parku w poniedziałek, było spoko, szkoda tylko, że nie było ani jednej dziewczyny ćwiczącej i się czułam średnio komfortowo, ale dałam radę. Co ciekawe, nasza dzielnica im dalej od ulicy Broadway, gdzie biegnie linia metra, na północ, staje się bardziej latynoska, przy metrze jest więcej Afroamerykanów.

znacie typa

znacie typa

Udał nam się stand up, wszyscy mówią, że ciężko trafić na dobry, ale zrobiłam dogłębny risercz i widząc, że wtorek w Carolines firmuje Comedy Central stwierdziłam, że powinno być dobrze. Jak pisał J. Dostaliśmy duża znichę za spóźnienie, ale dostaliśmy dobre miejsce a bardzo BARDZO przyjemny pan kielner 😉 nie kazał kupować dwóch drinków. Wszyscy komicy byli śmieszni, ja najbardziej lałam na ostatnim, który wyglądał jak stereotypowy portorykański gangster, najbardziej wychodził do publiczności i był najmniej poprawny politycznie, mam nadzieję, że osiągnie sukces, tu macie próbkę jego występu

Klub był przy Times Square, gdzie bardzo nie chciałam iść, ale J. kazał to poszliśmy trzasnąć samojebkę i rura na chatę. Pamiętajcie, na Times Square są sami turyści robiący se zdjęcia i naganiacze sprzedający bilety na występy, które nie istnieją.

Brooklyn Museum jak na razie podobało mi się najbardziej, głównie ze względu na przepiękną instalację Swoon, o której dowiedziałam się od koleżanki z Krakowa, która też jest akurat w NYC. Muzeum brooklyńskie też podaje sugerowaną cenę biletu, także dajesz dolca i wjeżdżasz. Poza Swoon spoko było ostatnie piętro ze sztuką Indian, czwarte piętro z reprodukcjami mieszkań amerykańskich z różnych epok spoko, ale zaczynało się robić nudno, a trzecie piętro z mumiami egipskimi już nas dobiło. Czy ktoś wie dlaczego większość eksponatów sfinksów nie ma nosów? Może wyguglam później. W sklepie muzealnym kupiłam se album Swoon, pierwsza pamiątka stąd, jest podjarka.

Swoon LOVE

Swoon LOVE

IMG_1230 IMG_1233 IMG_1235 IMG_1241 IMG_1243 IMG_1245 IMG_1248 IMG_1251

Aha, z gastro wieści (oprócz 1-dolla-pizza) to zajebiste tu mają kanapki wietnamskie, do wyboru wege wieprzowina, wege kurczak i tofu 🙂 Oczywiście jest to seitan ale znakomicie przyrządzony!

Próbujemy wyhaczać jeszcze kolejne darmowe koncerty i pokazy filmów, ale jest średni wybór, coś może się w końcu uda. Trzymajta się ramy i dzięki za komentarze!

Otagowane , , , , , ,

Walenie w oceanie i nie podlewaj kwiatków na obrotowym stołku

M: Wspaniały weekend prawie za nami. Obecnie jedziemy chińskim autobusem do Nowego Jorku, śmierdzi rybą ale jest kibelek i wifi więc nie wypada narzekać. Jedziemy liniami Lucky Star, nazwa dość przewrotna bo te linie oraz jeszcze jedna chińska firma przewozowa mają na zmianę zawieszaną licencję ze względu na wypadki także mam nadzieję, że będziemy lucky 🙂

Po Bostonie pojechaliśmy na Cape Cod, półwysep nad Atlantykiem znany z przepięknych plaż, gejowskich turystów i dużej populacji wielorybów żyjących w okolicznych wodach. Wybraliśmy miejscowość położoną na saaaaaamym końcu półwyspu – Provincetown, głównie przez to, że wypływające stąd na oglądanie wielorybów rejsy mają reputację najlepszych w tej okolicy – po prostu najłatwiej spotka się tu walenie. A jednym z moich marzeń było zobaczenie tych stworzeń więc nie zastanawiałam się zbyt długo. Troszeczkę za późno zaczęłam szukać zakwaterowania, jakoś na trzy tygodnie przed przyjazdem, ale po kilku mailach, gdzie w odpowiedzi pisano, że nie ma miejsc, albo że mamy być na pięć nocy minimum w końcu udało się znaleźć coś w rozsądnej cenie (rozsądnej na USA bo w Polsce za taką cenę byśmy chyba wykupili pokój w cztero- albo pięciogwiazdkowym hotelu). Do Provincetown można dostać się samochodem, autobusem albo promem. Fury nie mamy a prom był droższy od autobusu więc wybór był prosty. Droga nie taka prosta bo trzeba najpierw jechać autobusem do Hyannis (1,5h), potem poczekać pół h i dalej autobusem do Provincetown (1,5h). Na tej trasie śmiga tylko jedna linia, chwaląca się tym, że są najstarszą firmą autobusową w USA (125 lat), jednak punktualność to rzecz względna, mają rozpisany rozkład jazdy, który w ogóle nie uwzględnia warunków na drodze albo wsiadania 30 pasażerów na jednym przystanku. Obowiązuje też interesujący system pt. open ticket czyli nie kupujesz biletu na dany przejazd tylko masz papiur, żeby przejechać tymi liniami z punktu A do punktu B, ich nie interesuje, czy przyjdziesz na ostatnią chwilę albo czy stoisz na przedostatnim przystanku, jeśli autobus będzie pełny – nie wsiadasz i czekasz na następny, bilet jest ważny przez rok do momentu wykorzystania. Na szczęście nas nic takiego nie spotkało. Dojechaliśmy do przepięknej miejscowości docelowej z lekkim opóźnieniem. Przywitała nas idealna pogoda i tłumy ludzi na głównej ulicy miasteczka o wiernie oddającej klimat nazwie Commercial Street. Na pierwszy rzut oka Mielno. Ale gdy się rozejrzysz od razu zobaczysz różnice, po pierwsze, wszędobylskie tęczowe flagi, setki, wszędzie no i zupełnie inna architektura, nie ma bud, są ładne domki z pstrokatymi witrynami, bardzo dużo galerii lokalnych artystów. I ludzie, totalna przewaga par homoseksualnych (głównie męskich) nad heterykami. Ptown to mekka gejów. W knajpach codziennie występny drag queens, plakaty reklamują znanych gwiazd z Broadwayu. Ptown jest też bardzo przyjazne wobec piesków, wiele sklepów i restauracji ma znaki, że można wchodzić z psami, ludzi z mićkami jest rzeczywiście sporo, wiele z nich ma po dwa psy tej samej rasy, taki trend 🙂 Buldożków nie dopatrzyłam ale sporo tu boston terrierów.

sama końcówa Cape Cod

sama końcówa Cape Cod

IMG_0764

tęczowe Mielno

IMG_0767 IMG_0771

Doczłapaliśmy się do naszego pensjonatu, który okazał się być trzy kroki od przystanku w samym sercu Commercial St. Pokój bardzo miły, nieduży ale przytulny, w sam raz na weekend. Było popołudnie więc stwierdziliśmy, że dygamy na przechadzkę po okolicy. Najpierw poszliśmy kupić bilet na wieloryby, wzięliśmy mapę okolicy i wyruszyliśmy na zwiady. Ptown jest położone wzdłuż wewnętrznej czyli południowej części półwyspu ale na północą plażę jest niedaleko. Mapa, którą wzięliśmy z informacji turystycznej wskazywała, że plaża jest za dosłownie pół kilometra. Uzbrojeni w rum z kolą ruszyliśmy w kierunku plaży Race Point. Najpierw wyleźliśmy przy głównej trasie Cape Cod, chodnika oczywiście brak więc zapytaliśmy się lokalsów, czy możemy tamtędy iść, oni, że siur, że zielono i idźta. Spoglądając dalej na mapę stwierdzamy, że ścieżka na plażę jest kilkanaście kroków od drogi wbijamy więc w krzaki. Miałam dziurawe buty a J. japonki więc od razu poczuliśmy wodę stopami, ale jako nieustraszeni skautowie stwierdziliśmy, że nie ma co i idziemy dalej. Zaczęły nas atakować komary, miliardy komarów, a my niczym Tarzan i Jane przedzieraliśmy się przez knieje, skarpetki miałam już doszczętnie mokre a ścieżki ni widu ni słychu. Stawiając dalsze kroki zauważyliśmy, że przed nami jest zdecydowanie za mokro i chyba trzeba będzie się cofać. J. zesrał się ze strachu (naprawdę!) i po burzliwej naradzie stwierdziliśmy, że wracamy do drogi. To wszystko to była odległość jakichś 50 metrów, noł dżołk 🙂 Wynurzyliśmy się z krzunów i poszliśmy w kierunku drogi na plażę, skrzyżowanie było bardzo blisko, więc już z zupełnym luzem sprężystym (od rumu) krokiem skierowaliśmy się w stronę oceanu. No i idziemy, idziemy, idziemy, 5 minut, 10 minut, 15 minut, 20 minut, pojawia się droga rowerowa ze znakiem Race Point 3km, mówię eee niemożliwe, idziemy, 25 minut, pół godziny a końca nie widać, droga rowerowa zakręca to w prawo to w lewo a nawet nie słychać szumu fal. Komary atakują part 2. W końcu sfrustrowani zakrętasami drogi rowerowej idziemy na prostą ulicę, zza horyzontu wyziera ocean. DALEKO W UJ a idziemy już ponad godzinę. Łapiemy stopa. Udało się szybko, zatrzymuje się para z Kanady i podwozi nas 5 minut dalej 🙂 Udało się! Jesteśmy! Woda! Rozkładamy się przy pustej wieżyczce ratownika z bejłocza i relaksujemy się, mija może z minuta a przy wodzie robi się jakieś zamieszanie. Foki. Wszyscy lampią się na foki, które na totalnym luzaju przepływają sobie koło plaży, z 5 metrów od brzegu, parami albo trójkami, czasami wystawiają łepek zdziwione, że na brzegu leży pełno dziwnie poubieranych fok. Nagle ktoś krzyczy „WHALES!” (w wolnym tłumaczeniu: wieloryby) i rzeczywiście, jakieś 50 m od brzegu widać jak przepływa sobie ekipa waleni, widać wytryski wodne i kształty przesuwające się po powierzchni. I już wiem, że to będzie najlepszy weekend ever. Wieloryby po chwili znikają płynąc w stronę słońca, my stwierdzamy, że musimy złapać stopa w drugą stronę a zaczyna się robić coraz ciemniej więc spadamy. Stopa łapiemy po jakichś 10 minutach, miły pan z Ptown mówi nam, gdzie jest tani supermarket, gdzie zdrowa żywność, gdzie darmowy basen a J. wypytuje gdzie można się kąpać w oceanie, nie wiem o co mu chodzi bo woda ma z 10 stopni.

nasz pensjonat

nasz pensjonat

jeszcze się nie zesrał

jeszcze się nie zejsrał

ścieżka bez końca

ścieżka bez końca

plaża spoczko

plaża spoczko

foczki dawały koło plaży cały czas

foczki śmigały koło plaży cały czas

Następującymi mapami chciałam wyjaśnić dlaczego się zgubiliśmy. Po lewej mapka dla turystów rozdawana w Provincetown, po prawej gugiel maps. Odcinki oznaczone tym samym kolorem to mniej więcej te same odcinki. Czy ci debile co rysowali tę mapę turystyczną chcieli nas zabić?

IMG_1165 mapa

Wieczorem szwędamy się po Commercial Street, idziemy na molo popić trochę procentowej lemoniady i napojeni idziemy spać aby z rana udać się na rejs.

Lekko skacowani wbijamy na łajbę, z nami kilkadziesiąt osób, uzbrojonych w aparaty, kamery i lornetki aby uwiecznić spotkanie z waleniami. Wita nas pani przewodniczka, która opowiada o Ptown i okolicach po czym przechodzi do wykładu o wielorybach. Tłumaczy dlaczego właśnie tutaj jest ich tak dużo (bo ciepła woda z zatoki miesza się z zimną z oceanu i jest pełno planktonu), pokazuje „zęby” wieloryba i tłumaczy jak się odżywiają i mówi jakie gatunki waleni możemy zobaczyć. Po około pół godzinie statek się zatrzymuje, załoga biegnie z lornetkami na dach i przez radio węzła mówią, że szukają wielorybów, wokół nas jest sporo łódek więc coś jest na rzeczy. I nagle są! Tuż obok naszej łodzi pojawiają się dwa humbaki, mama i dzieciak, bejbi wyłania się dosłownie trzy metry od burty. Bejbi, żeby nie było, ma z siedem metrów długości i jest wielkim lujem. Potem z mama okrążają naszą łajbę i znikają w otchłani oceanu machając swoimi pięknymi ogonami. Płyniemy dalej. Za jakiś czas pojawiają się kolejne walenie. Troszeczkę oddalone ale płyną równolegle z łodzią pokazując swoje błyszczące czarne grzbiety. Tym razem to finwale. Najszybsze wieloryby, które nie pokazują ogonów i wynurzają się tylko raz na jakiś czas żeby złapać oddech a potem potrafią zniknąć i wypłynąć za osiem kilometrów. Mieliśmy szczęście, bo płynęły obok nas dość długo i to dwa razy. Mój poziom szczęścia osiąga zenit. Finwale w końcu znikają ale za jakiś czas spotykamy starych znajomych, mamę z młodym (młodą?), które tym razem odpoczywają i wylegiwują się pod powierzchnią wody, możemy je zobaczyć z bliska i zdajemy sobie sprawę z tego, jakie są wielkie, na wierzchu widać tylko kawałek grzbietu, pod spodem widać wielki biały brzuch. Tę samą parę humbaków oglądamy jeszcze ze dwa razy, moje szczęście przechodzi w ekstazę. Odpływamy do portu.

IMG_0831

zęby w sensie włosy humbaka

to som finwale

to som finwale

a to humbaki

a to humbaki

humbaki machają ogonkiem a finwale nie

humbaki machają ogonkiem a finwale nie

pod wodą widać jakie to wielkie bydlęta

pod wodą widać jakie to wielkie bydlęta

pryknęło się

pryknęło się

mama i bebi

mama i bebi

baaaj

baaaj

Cały rejs trwał trzy godziny, trochę nam tam pyski owiało bryzą, do pokoju wracamy lekko zmęczeni ale chcemy coś zjeść i jechać na drugą plażę Herring Cove. Źremy hamburgiera z frytami, w sensie wegeburgera, tutaj prawie każda burgerownia ma wege opcję, my trafiamy na smaczną bułę z kotletem, którym wyczuwam ryż, płatki owsiane i pieczarki.

hAmeryka

hAmeryka

a to jadłam na rejsie, wodorosty z solą morską mniam mniam

a to jadłam na rejsie, wodorosty z solą morską mniam mniam

Tym razem na plażę jedziemy autobusem, docieramy tam z ambitnym planem przejścia się w stronę cypla. Po dziesięciu minutach spaceru kładziemy się na ręcznikach i zasypiamy jak śledzie. Tyle z naszej wyprawy na cypel 🙂 Gdy się budzimy czas już wracać bo należy kupić prowiant na kolejny dzień w autobusie. Odwiedzamy sklep ze zdrową żywnością, gdzie rzucam się na peanut butter cups, których chciałam spróbować od dłuższego czasu i okazuje się, że nasza nowa czekolada z masłem orzechowym od wawela to dokładnie to samo 🙂 Znowu spacerek po Mielnie i trzeba się szykować do wyjazdu bo pobudka o szóstej.

portret M. by J.

portret M. by J.

Pierwsze marzenie spełnione, jestem tak bardzo zadowolona, że aż rzygam tęczą. Wracamy do Niu Jorku a już w niedzielę Rijanka 🙂

J: Mieliśmy spoko weekend. Bardzo wyjazdowy, bo po Bostonie nie wróciliśmy na nasza metę w NYC, tylko od razu pocisnęliśmy do Provincetown na poszukiwanie wielorybów. Wyprawa poszła zgodnie z planem, oprócz błądzenia po amerykańskich chaszczach w poszukiwaniu plaż. Tak, przycisnęło mnie w tych krzakach, raczej z wrażenia a nie ze strachu:P Jeśli był ktoś w Polsce w miejscowości Rowy nad Bałtykiem, i widział jak wygląda wdzierająca się plaża w ląd, to tu to wygląda tak samo, tylko że teren objęty tym zjawiskiem jest dużo większy. W piątek zwiedzaliśmy miasteczko, w sobotę popłynęliśmy w rejs, który trwał 3 h, co dla mnie okazało się trochę przydługie. Mi wystarczyło zobaczenie jednego wieloryba i mogłem wracać. A nie ganiać za nimi łodzią po całej zatoce i biegać po pokładzie z burty na burtę, ktoś coś widział po prawej stronie, a inny po lewej. Po powrocie, ja troszkę przesadziłem z Krakenem i takim lekko zawianym krokiem udałem się na plażę, by elegancko przysnąć na ręczniku. Po powrocie z plaży, małe zakupy i do łóżek, autobus mieliśmy dziś o 6:30 i trzeba było odpocząć po wyczerpującym rejsie. Zmęczyło nas nieprawdopodobnie uganianie się za waleniami 😉 Teraz jesteśmy już w NYC i jutro planujemy ruszyć na tournee po kolejnych muzeach. Trzymajcie się i pozdrawiam!!

gudnajt

gudnajt

 

EPILOG
M: No tak, już żem wklejała focie do tego oto wpisu a tu puk puk wchodzi współlokator i mówi „chyba se coś złamałem”, patrzymy na nadgarstek i oboje robimy „AAAAAA!!!”, nie będę Wam pisać jak to wyglądało, ja prawie się zerzygałam. Koleś cały blady się zrobił, mówi, żeby dzwonić na 911. No to dzwonię, taksówka zamówiona czekamy. Prawie nam się tu z bólu przekręcił ale przyjechały dziewczyny, spojrzały na rękę i mówią „złamana”. Jako „najbliższa rodzina” wsiedliśmy do karetki i ruszyliśmy do szpitala. W szpitalu, mówię Wam, jak w telewizji! Obok nas siedzieli dwaj kolesie skuci w nogach i rękach, wokół nich pięciu policjantów, naprzeciwko szalony bezdomny, który krzyczał, że ma złamane dwa karki. Lekarze bardzo mili, super pro, koleszka został na noc bo ma ten nadgarstek połamany w kilku miejscach i trochę im zajmie nastawianie tego. Także takie przygody, co nie?

 

P.S. Dla zboczeńców, co pierwsze co by zrobili w karetce to samojebka, informuję, że nie, nie włączył mi się tryb hieny dziennikarskiej aby udokumentować zdarzenie, gdyż a) nasz kolega umierał z bólu, dopiero po jakiejś godzinie czekania dostał morfinę i mu chwilowo przeszło b) byłam otoczona gliniarzami i biednymi chłopaczynami w kajdankach więc tym bardziej sytuacja nie była bekowa. Ale na osłodę zdjęcie rzeczonego nadgarstka:

A ła

A ła

Otagowane , , , , , ,

Aktualizacja: kręgle i demonstracja

J: Wreszcie mogę coś napisać. Doszedłem jako tako do siebie zażywając amerykańskie specyfiki na wszystko zawarte w jednej butelce. Nie jest to wódka z pieprzem, którą się aplikuje w Polandzie i działa ona niemal na każdą bolączkę, ale też nie jest najgorsze, tylko nie klepie 😀
Wczoraj mieliśmy udany dzień, spotkaliśmy się z ziomkiem z Warszawy. Żeby się trochę ukulturalnić, poszliśmy do Muzeum Afroamerykanów, które jak się dowiedzieliśmy już po wejściu do niego i zapłaceniu wstępu, nie ma stałej ekspozycji. Tak więc obejrzeliśmy wystawę o Indiach, której nawet nie uratował całkiem niezły film odtwarzany w sali kinematograficznej a także wycieczka z przewodnikiem do najstarszego Domu Spotkań Afrykańskich Mieszkańców. Został wybudowany do celów różnorakich od szkoły, miejsca spotkań, kościoła po punkt rekrutacji żołnierzy. Bez szału, szkoda czasu.Po wynudzeniu się w muzeum poszwendaliśmy się wspólnie po mieście i wypiliśmy kawę w europejskim rozmiarze, tutejszy to mniej więcej wiadro z pokrywą i łopatą cukru w środku. Wymieniliśmy się również spostrzeżeniami dotyczącymi USA i tutejszej ludności. Okazało się, że nasz znajomy mieszka w dzielnicy, gdzie ludzie się uśmiechają do niego i ma nawet zakwasy na twarzy od odwzajemniania szczęścia. Niestety, jak na razie do mnie uśmiechają się tylko te osoby, które przez moją fryzurę uważają mnie za dostarczyciela szczęścia, które mogą wypalić z błogim uśmiechem na ustach. Niestety do nas się nikt nie uśmiecha, chyba wyglądamy na mało przyjacielskich 😉

Czip bez Dejla

Czip bez Dejla

Po rozstaniu się, wróciliśmy na chałupę, odpocząć trochę, bo nasi opiekunowie zaplanowali wieczór kręgli połączony z dosyć dużym spożyciem alkoholu. Do kręgielni można było wnosić swój alkohol, co też uczyniliśmy, krzewiąc polską tradycję Absolutem z kolą. Nawet nieźle nam poszło na torze. Ja zająłem 2gie miejsce, wraz z trzema innymi osobami spośród prawie 20 uczestniczących w rozgrywce. Moli też ładnie grała, może nie błyszczała ale udało jej się trafić ze dwa razy w kręgla. Po zamknięciu kręgielni, przebiliśmy sie ekipą do baru, gdzie dalej uskutecznialiśmy konsumpcję lokalnych napoi wyskokowych. Na moje niescześćie przypatałętała się do mnie jakaś stara torba, taka ze 70 wiosen na karku, która koniecznie chciała mi wcisnąć swój pierścionek, bym przy akompaniamencie smutnych melodii w barze i towarzystwie mocno zalanej publiczności, przyklękł na kolanko i prosił M. o ręke. WTF?!!? Nie udało jej się tego wprowadzić w życie, dalej się możemy cieszyć z życia ze statusem pary, która się po pijaku nie zaręczyła w jakiejś podrzędnej spelunie 😉 Wieczór zaliczony do udanych, nie pamiętam zbytnio powrotu, ale nie pobiłem się z żadnym muczaczo, ani nie śpiewałem Jolki na pół dzielnicy. Było dobrze.

Hop! Żeby rąsia luźniejsza była!

Hop! Żeby rąsia luźniejsza była!

Myszcz

Myszcz

Sukces był. Może z jeden

Sukces był. Może z jeden

w barze było tak jak na zdjęciu

w barze było tak jak na zdjęciu

Poranek, bez kaca, bez pustyni w gębie i bólu głowy. Dalej mnie męczy mnie choroba, z tym że już nie mam temperatury ciała zbliżonej do zombi. Odżywam, udało mi się zjeść porządne śniadanie: frytki z serem, salsą i guacamole. Mniam mniam. M wciągnęła burrito 😀 Poszliśmy następnie na miacho, kupić bilet, bo jutro jedziemy oglądać wieloryby do Provincetown. Nie, nie takie co leżą na plaży za parawanami, na których widok masz ochotę wołać Greenpeace, żeby ratowali stworzenia, które wyrzucił przypływ na brzeg. Jedziemy oglądać Prawdziwe wieloryby, może nam się uda, bo w porównaniu do tych na plażach, trzeba mieć trochę szczęścia podczas rejsów, żeby je zobaczyć. Te na plaży, chcesz czy nie chcesz i tak je zobaczyć, bo zasłaniają połowę horyzontu. Zszedłem z tematu, sry. No po kupnie ticketów, pomaszerowaliśmy do centrum. Kupiliśmy sobie pycha kanapki w China Town, pani nawpychała opór tofu do nich. Dobre byli i niedrogie nawet. Później, spotkaliśmy się z ziomkami i dołączyliśmy do pokojowej demonstracji, popierającą pobyt dzieci, samotnie przekraczających granice Stanów. Przyszło rzesze diametralnie różnych ludzi, młodzież, księża, dziady, baby, baby księża, rodziny z dziećmi, ogólnie misz masz. Marsz był utrzymany w żwawym tempie, bez większej eskorty policji, za to większość haseł była po hiszpańsku a „mienia nie gawari po espaniola”, to mogłem się tylko domyśleć co krzyczą. Było spoko, ale wcześniejsza przechadzka po mieście dała nam w kośc i jak tylko dotarliśmy do celu, odłączyliśmy się od taboru i podreptaliśmy na metro. Po drodze nasz gospodarz dostał małego przypływu agresji w związku z ostatnimi wydarzeniami w Gazie. Po drodze mijaliśmy spore grupy Żydów amerykańskich, wracających z jakiś ichnich obchodów, których obdarzał po równo epitetami: fakin faszist, zajonist faszist, murderers a także kilkoma innymi przyjemnymi dla ucha zwrotami. Tak się skończył nasz ostatni dzień w Bostonie. Za chwilę idziemy się spakować i lulu. Jutro wyruszamy na wodne safari 😉 trzymajcie się i swoje kciuki mocno by nam się udało. Pozdrawiam!!

Bahn Mi - bardzo miła wietnamska kanapka

Bahn Mi – bardzo miła wietnamska kanapka

IMG_0733 IMG_0734

tłum dość imponujący

tłum dość imponujący

trochę dużo wiary

trochę dużo wiary

Strach się bać

Strach się bać

Mićki też popierają imigrantów

Mićki też popierają imigrantów

IMG_0751

M: Ja króciutko. Kilka obserwacji socjologiczno-turystycznych na życzenie 🙂 Po pierwsze, Boston JEST tańszy od NYC, Amerykanie nie są do końca tego przekonani ale my jako turyści zdecydowanie odczuliśmy różnicę cen. Spokojnie można się nażreć na full za około pięć dolców, tygodniówa na metro kosztuje 19$ (w NYC 30$). Miasto jest zieleńsze, więcej w nim powietrza, mniej ludzi i mniej pośpiechu, trafiają się szalone ćpuny w parku, jeden do nas podbił dziś w parku z rurą skręconą z folii aluminiowej i opowiadał jakie zeżarł super magic mushrooms. Wszyscy potwierdzają, że jest to prawdopodobnie najbardziej posegregowane rasowo miasto w USA. Nasza dzielnica, East Boston – sami Latynosi, wszystko po hiszpańsku, żarcie jak w Meksyku, są oczywiście dzielnice, gdzie mieszkają sami biali, sami czarni i sami żółci, w NYC towarzystwo jest jednak trochę bardziej przemieszane. Miłym zaskoczeniem (chociaż może nie do końca zaskoczeniem) było dla mnie zróżnicowanie ekipy @, z którą bawiliśmy się na kręglach, przyszli Latynosi, przyszli czarni, biali stanowili większość ale miło było zobaczyć, że ekipa walczy z rasizmem nie tylko sloganami, ale rzeczywiście jest pomieszana.

mural w naszej dzielni

mural w naszej dzielni

też nasz hood

też nasz hood

i to też

i to też

Bardzo mi się podobało na kręglach, BTW nie graliśmy w typowe amerykańskie kręgle tylko w takie ichniejsze z Massachusetts, gdzie kule są mniejsze i nie wkłada się palców do środka, moja gra była żałosna, ale obwiniam Absoluta za moją porażkę 😉 Do kręgielni przyszło sporo ludzi, była tam też szafa grająca, gdzie za baksy zamawiało się muzykę. Bożesz, jakiej amerykanie słuchają strasznej muzy, słit hołm alabama i takie hity z satelity.

My z J.czuliśmy się rano znakomicie jednak nasi gospodarze polegli jeśli chodzi o przechodzenie kaca, rano posłuchałam sobie koncertu z muszli if you know what I mean 😉 Pić trza umić, jak mówi staropolskie powiedzenie.

Jutro wycieczka nad morze, bardzo się nastawiam na wieloryby, trzymajcie kciuki, żeby coś koło nas przepłynęło.

Nie ma co się spieszyć

Nie ma co się spieszyć

wodotrysk

wodotrysk

ten pałac to biblioteka

ten pałac to biblioteka

a to podwórko biblioteki

a to podwórko biblioteki

Ba baj Boston

Ba baj Boston

Otagowane , , , ,

Boston, Maseczuszets

M: Haj ewrybady. Przemieściliśmy się cztery godziny na północ i witamy z Bostonu. Nowojorczycy nienawidzą Bostonu, wszyscy mówili, że to najgorsze miasto ever, dlaczego? Nie wiem, nie rozumiem o co im chodzi, bostończycy mówią, że nowojroczycy im zazdroszczą 🙂 Jak na razie jest miło i przede wszystkim w miarę cicho.

Z NYC do Bostonu dostaliśmy się jednym z najtańszych środków transportu w USA tj. megabusem. Taka ichnia forma polskiego busa. Za bilet można zapłacić po 3 dolary, my kupowaliśmy 5 dni przed wyjazdem i zapłaciliśmy po 17 dolców, czyli dość tanio. Przystanek megabusa w Nowym Jorku jest prześmieszny. Na chodniku na Manhattanie postawione jest kilka znaków i słupków oddzielających kolejki do poszczególnych autobusów jadących w różnych kierunkach. Pracownicy siedzą na krzesełkach przy stoliczku pod parasolką i wołają pasażerów gdy zbliża się odjazd danego autobusu. Nowojorczycy kazali nam przyjść wcześniej, ponieważ dużo ludzi jeździ tymi autobusami a  nie ma tam miejscówek więc kto pierwszy ten lepszy. My byliśmy wcześnie więc mieliśmy dobre miejsce, rozsiedliśmy się wygodnie, rozłożyliśmy kocyk, bo oczywiście klima ustawiona na pięć stopni i ruszyliśmy do Bostonu. Droga minęła szybko, autostrada ma cztery czy pięć pasów, więc ruch idzie płynnie, na bramkach też się nie stoi.

nowojorskie biuro megabus

Nowojorskie biuro megabus

W Bostonie sprawnie przebiliśmy się niebieską linia metra na wschód do mieszkania towarzyszy, którzy nas tutaj goszczą. Super chata na ostatnim piętrze kamienicy z uroczym balkonem, wokół którego zasadzone są pomidory, bakłażany, jarmuż, botwinka i inne smakołyki. I rozciąga się tam taki widoczek:

IMG_0647

Spoglądając na tę imponująca panoramę Bostonu wypiliśmy sobie parę drineczków z naszymi gospodarzami i poczęstowaliśmy ich orzechówką, na punkcie które OCZYWIŚCIE oszaleli i pogadaliśmy sobie przy przepysznej kolacji, przygotowanej przez gospodarza i zadowoleni poszliśmy w kimę. Spanie mamy na antresoli, w nóżki wieje wiatraczek, jest sto razy ciszej niż w NYC więc pospałam sobie do 10:30 (i tak cały czas śpię w zatyczkach). Nasz gospodarz nie chodzi teraz do roboty więc zabrał nas na wycieczkę po Bostonie. Przeszliśmy się najpierw po centrum, ze wskazaniem na najbardziej znane miejsca historyczne. Boston to jedno z najstarszych miast w USA, w którym miało miejsce bardzo wiele wydarzeń związanych z rewolucją i wojną domową, więc pomników tu jak mrówków. Przez miasto prowadzi też tzw. Freedom Trail, czyli trasą, wzdłuż której znajdują się najważniejsze miejsca związane z historią miasta. Nie przeszliśmy całej FT, ale zobaczyliśmy najstarsze okolice miasta, gdzie znajdują stare kamienice, knajpy i odnośniki do wojny o niepodległość. Po mieście chodzi pełno wycieczek, głównie amerykańskich, których przewodnicy są przebrani w stroje z końcówki XVIII wieku, super robota. Tak mniej więcej wygląda stary Boston:

IMG_0612 IMG_0617 IMG_0622 IMG_0625 IMG_0626

Starego Bostonu było kiedyś więcej ale wiadomo jak się modernizuje miasta: wyburza się te części, które uznaje się za bezużyteczne.  W tej samej okolicy znajduje się też ciekawy pomnik pamięci ofiar Holokaustu. Szklane wieże symbolizujące różne obozy zagłady i wypisane na szybach numery wszystkich więźniów.

IMG_0613 IMG_0614 IMG_0616

Później metrem przejechaliśmy się do Camridge, które właściwie nie jest już w Bostonie ale jest częścią metropolii tzw. Wielkiego Bostonu. Tu właśnie znajdują się Uniwersytet Harvard i MIT czyli jedne z najlepszych uczelni w USA. Nie spotkaliśmy niestety Noama Chomskiego ale przeszliśmy się po kampusie Harvardu. Dobrze, że uczą się tam bystre osoby, bo głupek taki jak ja by się tam ciągle gubił bo jak dla mnie wszystkie budynki na kampusie wyglądają tak samo. A, i wszędzie same wycieczki chińskich dzieci, przyszłych studentów 😉

20140805_154114 20140805_154130 20140805_154313

Niestety J. jest ciągle chory, te amerykańskie specyfiki jakoś średnio działają i trochę ciężko się mu chodzi więc po przejściu się po Cambridge pojechaliśmy na chatę. Jutro planujemy porobić trochę więcej rzeczy, trzymajcie kciuki za jego zdrowie bo ja już jestem bezradna 😦
A teraz kącik kulinarny, wegany, będziecie zawiedzeni, bo średnio wegański. Boston to historycznie miasto Włochów i Irlandczyków, w centrum jest pełno włoskich knajpek i cukierni. Nasz dzisiejszy przewodnik zabrał nas na włoskie cannoli, czyli rurki z kremem, tylko tu w cukierni wybierasz jaki chcesz krem i jaką posypkę, my wzięliśmy ricottę z pistacjami. Bardzo miła rzecz.

IMG_0632

Cannoli Boston Style

Na obiadek padło na burrito. Bardzo chciałam zjeść „prawdziwe” burrito, być może nie jest to najprawdziwsze, ale na pewno bliżej mu do autentycznego dania niż coś, co mogę kupić w Europie. Wjechało buritto z czarną fasolą, ryżem, grillowanymi warzywami, sałatą, kolendrą, czerwoną cebulą i guacamole, J. wziął zamiast kolendry papryczki jalapeno. W knajpie możesz sobie też wybrać jakieś różne szalone sosy. No, buritto, strzał w 10. Bardzo bardzo dobre jedzenie, duża porcja, tylko 6 baksów, chyba muszę się nauczyć takie robić.

łałałiła

łałałiła

A na deser lodziarnia Toscanini, na szybie wyklejony cytat z New York Times „najlepsze lody na świecie” (nie byli chyba ostatnio w Poznaniu ;)), spożyłam sorbet czekoladowy, pyszota, czekolada w najczystszej formie, ale nie uznałabym lodów z takiej np. Wronieckiej za gorsze. Trzeba zadzwonić do NYT 😉

 

i wafla nie dają więc minus

i wafla nie dają więc minus

J. leży na zdechlaku także znowu nic nie napisze, niech kolejny dzień przyniesie nam zdrowie!

Otagowane , , , , ,

Łikend na czilu

M: Siemanko. Naprzeciwko naszej chaty od południa ktoś obchodzi osiemnastkę (jest prawie 21), jest tam na oko kilkadziesiąt osób, muza daje na całą dzielnię. Niedziela na Brooklynie 🙂 Weekend spędzamy na ostrym czilu, głównie przez chorobę J. i przez wymęczenie się muzeami. Mieliśmy jechać wczoraj na plażę ale  padało więc wycieczka odpadła, no nic, jeszcze powinno nam się tam udać pojechać. Generalnie jak na Nowy Jork jest dość zimno, zazwyczaj jest non-stop 30 stopni a od czasu jak jesteśmy jest po 20-25, jak na zwiedzenia pogoda idealna, szkoda tylko, że wszędzie ta zasrana klima. Ze względu na wczorajszą pogodę i odwołaną wycieczkę na plażę, spędziliśmy większość dnia w domu z naszym współlokatorem, który bardzo ludzi spędzać z nami czas. Trochę też przybułowałam ale mega ciężko mi się tu ćwiczy, wjechało białeczko ryżowe i smakuje spoko, nie to co ta ziemia w proszku z myprotein, jedyne ryżowe jakie można dostać w PL. I w końcu obczaiłam sklep obok nas, gdzie jest w miarę tanio, jest pełno świeżych owoców i warzyw oraz trochę wegańskich przysmaków.

Wieczorem wybraliśmy się do kina. Ale przed seansem nasz współlokator zabrał nas do baru nieopodal multipleksu. Zapowiedział to miejsce jako lokalną ciekawostkę. Miejscówa, gdzie przychodzą tylko gliniarze i strażacy a piwo podaje się wielkich styropianowych kubkach, głównie przez to, że strażacy i policjanci lubią się po pijaku poprzepychać ze sobą. Od razu jak weszliśmy dopadła mnie jakaś kobita, na lekkiej fazie i z bardzo mocnym brooklyńskim akcentem zaczęła nas o wszystko wypytywać, za chwilę dołączył jej gach a nasz ziomek widząc, że stają się zbyt ciekawscy postawił nam szota i kazał uciekać, że niby do kina. Poszliśmy jednak na drugą stronę ulicy na ciasto, w sensie pie. Mieli jedną wegańską opcję curry vegetarian, czyli ciasto z warzywami w sosie curry. Nie było szału, opis był smakowity a wykonanie troszeczkę bez smaku, być może specjalizują się w ciastach mięsnych i dlatego wegańskie jedzonko jest średniawawe.

amierykan paj

amierykan paj

curry warzywne bezprzyprawowe

curry warzywne bezprzyprawowe

No to na film. Zostałam zdominowana przez samców i poszliśmy na „Obrońców Galaktyki” (zmuszano mnie wcześniej do „Avengersów” i „Thora” więc żadna nowość). Bilet za 12 baksów, czyli ok. Byliśmy w starym brooklyńskim kinie w okolicy Prospect Park, z brązowymi dywanami, kasą na zewnątrz, gdzie do sali trzeba było wdrapywać się po kilkudziesięciu schodach. Sala kinowa pełna, sobota wieczór, ludzie w każdym wieku, rodzice z dziećmi, duża różnorodność. I uwaga uwaga, film rozpoczął się o 19 czyli o biletowanej godzinie, nie było 40 minut reklam i trailerów jak w multikinie, jakieś reklamy leciały przez seansem ale to było przed 19, także te męczarnie w polskich kinach to raczej trend nie z Ameryki. Ależ jakie oni mają głośne volume w kinie, omigad, łeb rozsadza, siedziała obok nas 6-letnia dziewczynka i wyglądała na mocno przytłoczoną. Film w miarę. Fabuła o tym, że jeden ziomek z jednej planety ma na pieńku z drugim z kolejnej planety a ekipa obrońców buja się między planetami z jakąś srebrzystą kulą z błyszczącym kamyczkiem w środku, żeby uratować galaktykę, umówmy się, nie należy do najbardziej wyszukanych. Amerykanie śmieją się w kinie praktycznie cały czas i z każdego, nawet mało śmiesznego, gówna, niektórzy nawet biją brawo jak im się spodoba jakiś żart. W Polsce sami wiecie jak jest 🙂 Luz jankesów mi się udzielił i nawet z pięć razy się zaśmiałam, chłopaki, wiadomo, zataczali się ze śmiechu przez pół filmu.

Prospect Park Hood

Prospect Park Hood

Po seansie poszliśmy do Prospect Park na koncert muzyki karaibskiej, w sensie posłuchać bo wchodzić już nie chcieliśmy, bo mieliśmy też w planie wypicie wódejro pod krzakiem. W NYC nie można pić alkoholu na ulicy, trzeba się kitrać ale to, co może cię spotkać za picie na ulicy zależy od funkcjonariusza. Może powiedzieć, żeby schować trunek, może wypisać mandat albo dać papiur, że masz się stawić w sądzie, a ze względu na zawalenie systemu sprawiedliwości takimi właśnie pierdołowatymi sprawami na taką rozprawę czeka się ponad rok. Ale w przypadku imprezy w parku najbardziej prawdopodobne rozwiązanie to opcja numer jeden, na szczęście nie przekonaliśmy się, jak jest w rzeczywistości. Aha, a jak dostaniesz mandat i np nie jesteś z danego stanu lub jesteś z zagranicy możesz sobie olać sprawę, ale następnym razem jak cię sprawdzą to od razu jedziesz na dołek i tam spędzasz sobie przemiłe kilkanaście godzin.

Spożyliśmy waniliową stolicznają i udaliśmy się chwiejnym krokiem do domu. Złapaliśmy taksówkę bez licencji i pocisnęliśmy. Taksówki nowojorskie są żółte, niektóre zielone, mają stałe stawki i należy zostawiać napiwek kierowcy. Jeżdżą też inne taksówki, które są tańsze i nie trzeba dawać napiwków kierowcom, w przewodnikach piszą, żeby nimi nie jeździć bo niby kierowcy oszukują ale nasz szofer z Jemenu był bardzo w porządku. Biedny chłopina wyjeżdża z domu na 5-6 miesięcy jeździć taxi, żona i dzieci w domu a on zarabia za oceanem, bo w Jemenie nie ma czego szukać. Aaa i samochodzik, Lincoln, wielka limuzyna, można nim przewieźć chyba ze 100 kartonów bajgli.

Dziś mieliśmy zaplanowane spotkanie z lokalnymi towarzyszami. Umówiliśmy się w barze na Williamsburgu, części Brooklynu, która jest bardzo blisko Manhattanu i znana jest jako miejsce narodzin hipsterów. Spotkanie bardzo miłe, podjedliśmy sobie jedzonko ze wspomnianego wcześniej Vanessa’s Dumplings, tym razem zamówiliśmy sobie zupę z pierożkami. Same pierożki super ale zupa by się nie obraziła jakby sypnęli do niej trochę więcej przypraw. Poszliśmy sobie później na krótki spacer po Williamsburgu, J. się trochę słaniał na nogach od gorączki, więc bardziej dogłębne zwiedzanie tej dzielnicy odkładamy na później. Nowa koleżanka poleciła nam darmowe wycieczki po mniej turystycznych częściach NYC, z których na pewno skorzystamy, ale po powrocie z Bostonu, gdzie wybieramy się jutro i mam nadzieję, że od jutra będziemy mogli trochę więcej napisać (w sensie, że J. wyzdrowieje i będziemy mogli dygać tu i tam).

A tu proszę bardzo, trochę Williamsburga (zdjęć hipsterom nie robiłam, ale chyba boicie się ich oglądać, for real ;))

IMG_0561 IMG_0563 IMG_0565 IMG_0566 IMG_0567 IMG_0568 IMG_0562  IMG_0584 IMG_0582 IMG_0581wb IMG_0574

J. bardzo chce być grubasem

J. bardzo chce być grubasem

P.S. Na Brooklynie otworzyła się nowa knajpa z bajglami wegańskimi Molly’s Homemade Hangover Bagels 😉

IMG_0555 IMG_0558

Otagowane , , ,

Sport, sztuka, pizza

J: Dziś zaczęliśmy na sportowo. Poranny tren, M. ładowała w domu, ja wolałem zobaczyć jak wyglądają „ogródki jordanowskie” na Brooklynie. Bez szału, ale znalazło się miejsce żeby coś tam popajacować. Byłem jedynym białym, który dotrzymywał tempa i ilości powtorzeń lokalnym współćwiczącym 😀 Tren całkiem spoko wyszedł, ale upał i wszędobylska klimatyzacja spowodowały, że jestem chory. Febra, grypa albo jakaś inna cholera. Piję opór wody, soków i biorę prochy, może na jutro wyzdrowieje, bo się szykuje nam mały plażing. W sumie to nawet muszę wyzdrowieć, będzie plaża, ocean, piach i procenty!! hehe
Postaram się tylko w skrócie napisać co mnie dziś najbardziej ujęło z naszej wycieczki. Udało nam się zobaczyć Grand Central Station, na którym M. nie chciała ze mną szukać tajnego przejścia do Hogwartu. Bo nie wierze, że na takim wielkim PKP nie ma bezpośrednich połączeń, ten Londyński jest mniejszy i połączenia mają.

Nowojorski Centralny

Nowojorski Centralny

Później po przebrnięciu przez masy ludzi na ulicach wpadliśmy na darmowe wejście do MOMA – Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Najpierw odwiedziliśmy sklep, bo musieliśmy chwilę poczekać na rozdanie darmowych biletów. Całkiem nieźle się nastroiliśmy na dzieła jakie będziemy mogli zobaczyć wewnątrz muzeum, bo sklep był zaopatrzony w wiele naprawdę ciekawych gadżetów, np: plastikowy składany aparat, który podobnie się składało, jak kiedyś plastikowe modele samolotów. Bajer.
Udało nam się dostać darmowe bilety i wejść do środka mniej więcej po 30 min. Muzeum składa się z 6 pięter, na każdym znajduje się kilka autorskich wystaw, min: Picasso, Frida Kahlo, Dali, Warholl i ktoś kogo wystawa znajdowała się na samym początku naszej trasy po MOMA. Nie to że nie rozumiem sztuki nowoczesnej, ale ten/ta artysta/ka utwierdził mnie w przekonaniu, że każde gówno można umiejętnie wcisnąć w najbardziej cenione kulturowo miejscówki. Praca, która mnie powitała na samym początku jej wystawy: szare płótno, wielkości 3mx2m. Nie było na nim nic, oprócz dwóch kawałków plastra przyklejonych prostopadle na środku pracy. Po ujrzeniu tego jakże tajemniczego dzieła, zacytowałem kultową scenę filmową: „no nie, no po prostu kurwa no nie. Boże czy ty to widzisz?!?” Resztę wystaw, po takim rozpoczęciu przygody z MOMA oglądałem obojętnie, w dodatku przez ilość wiary w środku i niszczącą mnie klimatyzację nie miałem ochoty pokminić nad tym co dany autor miał na myśli, tworząc trzy wielkie białe płótna, różniące się między sobą kolorem ramki.

Dali czyli nowojorska Mona Liza

Dali czyli nowojorska Mona Liza

Ode mnie na dziś koniec, mam gorączkę i boli mnie wszystko. Idę spać. Pozdrawiam!!

M: Jak wspomniał J. ranek na sportowo. Było ciężko, spociłam się jak mops ale trzeba być w formie. Tak w ogóle, obserwujemy z J., że ludzie, którzy są tu wysportowani (a jest ich tu sporo) są zupełnie inaczej zbudowani niż w Europie, są jacyś tacy bardziej nabici. Dziewczyny, które są mocno wyrzeźbione mają często wielkie plecy i chodzą przygarbione a kolesie po prostu są schabami, niewielu wysportowanych ludzi wygląda po prostu naturalnie. Pewnie to kwestia żarcia i tego, że wszystkie szalone specyfiki dla sportowców zakazane w EU są tutaj na legalu. Kupiliśmy sobie dziś na spółę odżyweczkę ryżową (20$), niby organic i non gmo ale jak nam coś nowego wyrośnie to wiecie już dlaczego 😉 Nawet zwykły napój pomarańczowy ma jako pierwszy składnik ten zasrany syrop kukurydziany (wpiszcie se na jutubie Corn Syrup Commercial – Saturday Night Live, podlinkowałabym ale kanał SNL jest niedostępny w USA -wtf?).

Plan na dziś to było MoMa, J. już pisał jak było super 😉 Ale ja trochę z innej strony. Najważniejsza zasada turysty: szukaj darmoszek. Prawie każde najważniejsze muzeum ma jakieś tańsze opcje. Muzeum Historii Naturalnej, jak pisałam wczoraj, właściwie na co dzień jest po taniości, w innych można płacić ile się chce albo wejść za darmo w wybrane dni. W MoMa za darmo wchodzi się w piątek po 16, otwarte jest do 2o więc na luzie. Nie wiedzieliśmy tylko na czym polega system darmowych piątków. Otóż okazało się, że po darmową wejściówkę trzeba stanąć przed muzeum w gigantycznej kolejce, która bardzo szybko się porusza ale jest O G R O M N A. Kolejny etap to szatnia. Okazuje się, że torby większe niż 28 cm w wysokości i ileś tam w szerokości i w głębokości trzeba oddać do szatni, do której prowadzi następna kolejka. Oni tu na szczęście wszędzie mają naganiaczy, co usprawniają ruch kolejki. W końcu udało nam się wejść. Tym razem się wycwaniliśmy i wzięliśmy bluzy, bo przecież ta klima to są jakieś jaja. J. już chory, ja jeszcze walczę.

Za nami, przed nami i obok nas kolejka

Za nami, przed nami i obok nas kolejka

IMG_0449

Zdobycz

Galerię z MoMa wrzucę na dole, teraz napomknę o ciekawszych rzeczach. Np kombinezon demonstranta z kamerą na głowie działającej jako „świadek zdarzenia” w razie nadużyć ze strony funkcjonariuszy, głośnik na klacie mający głośno odgrywać bicie serca demonstranta. Coś podobnego kiedyś ktoś przyniósł na Rozbrat, w każdym razie ciekawostka 🙂

Brakuje jeszcze nadruku CHWDP

Brakuje jeszcze nadruku CHWDP

Opis dzieła

Opis dzieła

Był dadaizm i Marcel Duchamp.

Prawie ostre koło

Prawie ostre koło

Okno Marcela

Okno Marcela

Dada odpada

Dada odpada

I duuuuużo dużo innych rzeczy, m.in. najstarsze gry komputerowe, plakaty, fotografie, rzeźby.

MoMa strasznie wymęczyła. Ludzi było tam miliard (wiadomo, darmocha), my zmęczeni po treningu po wyjściu pojechaliśmy zeźreć pizzę za dolara. W sensie nie całą, ale duży kawałek. Te pizze dolarowe są w okolicy St Mark’s Place, ulicy, która okazała się być wypełniona małymi knajpkami, sklepikami, tętniąca życiem, taka bardzo europejska, gdzie w końcu więcej jest ludzi niż samochodów a budynki mają rozsądne 3-4 piętra i rosną przy nich drzewa. W drodze do metra mijaliśmy sporo knajp arabskich, ale po pizzy nie było już miejsca w brzuszkach na falafelki. Następnym razem.

Wsiedliśmy do metra a tam zobaczyliśmy coś, co przed wyjazdem wrzuciłam na fejsa, a nawet nie śniłam, że zobaczę to na własne oczy. Tancerze. Dwóch chłopaków, którzy wywijali piruety na rurach w wagonie do muzyki puszczonej z boom boxa. My się ostro podnieciliśmy ale sądząc po minach innych pasażerów dla nich to normalka jak dla nas cygańskie dzieciaki grające na akordeonie w tramwaju. Rzuciłam chłopakom baksa, bo za taką gibkość im się należało 🙂 A kto nie widział teledysku to proszę bardzo, wyglądało to prawie tak samo tylko chłopaków było mniej.

Miałam iść na noc koczować pod hotelem Rijany, bo była w mieście ale se pojechała dziś, no cóż, może wytrzymam do koncertu za dwa tygodnie 😉

AAA, kupiłam lody kokosowe o smaku zielonej herbaty ( z polecenia Sylwii, dzięki!), no no no, powiem Wam, że czegoś takiego jeszcze nie próbowałam. Fajna rzecz i w końcu nie wykręca zębów od cukru. Aha i poszły kolejne jogurty, migdałowy smakuje jak budyń a sojowy waniliowy z Whole Soy coś tam zajebioszka, myślę, że również dam mu 10/10 jak ten z Trader Joe’s. Musli nadal nie znalazłam ale skusiłam się na płatki z siemieniem lnianym z syropem klonowym i orzechami pekan. Jutro wjadą na śniadanko, mniam mniam!

Zapowiadają jakieś przelotne deszcze na jutro ale ciśniemy na plażę, nasz współlokator bardzo chce pić z nami wódkę na Coney Island, gdzie jest duża społeczność rosyjska i ukraińska, więc jak jutro nic nie napiszemy to wybaczcie 🙂

A teraz trochę sztuki, chamy!

IMG_0477 IMG_0479 IMG_0481 IMG_0483 IMG_0485

No to jak z tym podobieństwem?

No to jak z tym podobieństwem?

IMG_0489

Viva Zapata!

IMG_0502

Andżej Warchoł

IMG_0497 IMG_0505

spoko żyrandol

spoko żyrandol

IMG_0534 IMG_0535 IMG_0539 IMG_0542 IMG_0545

Otagowane , , , , , ,

Dinozaury, rysie, łosie i serki sojowe

M: Walka z jet lagiem trwa ale już chyba końcóweczka. Rano się obudziłam o dziwnej porze i łyknęłam ten senny specyfik ale właściwie nie wiem jak zadziałał bo cały czas leżałam w łóżku i po prostu zasnęłam. W końcu udało się wstać, śniadanie zjedliśmy już jak normalni ludzie, w domu, z kawusią z mlekiem koko. Jogurt sojowy truskawkowy z Trader Joe’s 10/10, nie jadłam nigdy lepszego jogurtu sojowego, mega gęsty, owocowy, kremowy, pycha.

W końcu wywlekliśmy się w kierunku Muzeum Historii Naturalnej. Musieliśmy sprężać tyłki, bo przyjechaliśmy trochę za późno ale zobaczyliśmy wszystkie ekspozycje. A, jedna ważna rzecz dla turystów. We wszystkich przewodnikach piszą, że bilet do tego muzeum kosztuje 22 baksy, jednak jak powiedziała mi życzliwa koleżanka a potem życzliwy kolega, jest to kwota SUGEROWANA i rzeczywiście na stronie muzeum jest tak napisane. Także w praktyce płacisz co chcesz, my daliśmy po dolarze i nikt się na nas krzywo nie patrzył. Aha, i jak chcecie tak NAPRAWDĘ wszystko dogłębnie tam zobaczyć to trzeba się tam wybrać na cały dzień. Muzeum ma cztery piętra, jest ogromne, są pokazy filmów, także najrozsądniej byłoby przyjechać z rana i powolutku sobie zwiedzać, czytać, oglądać, spożywać jakiś posiłek regeneracyjny w jednej z czterech knajp na terenie muzeum i delektować się naturą. Eksponaty są imponujące. Zwłaszcza zwierzęta, wyglądają jak żywe. Zobaczyłam w końcu mojego wymarzonego płetwala błękitnego w skali 1:1. Mega luj. Są też ekspozycje poświęcone człowiekowi i jego historii. Są minerały, jest kosmos, właściwie wszystko, co dotyczy historii naturalnej właśnie. Focie na dole bo będzie ich dużo. A, i znowu wtopa z aparatem, bateria mi padła po 2,5 h i już miałam wydzwaniać do canona, że WTF ale okazało się, że zrobiłam 200 zdjęć a na tyle ma starczać bateria. Należy kupić zapasową.

Muzeum nas wymęczyło. Tak baj de łej, oni tu wszędzie mają włączoną klimę na full a na zewnątrz gorąco, także jest wesoło. W muzeum były sale, gdzie miałam gęsią skórkę. Poszliśmy w poszukiwaniu pożywienia. Włączyłam aplikację Happy Cow, która wyszukuje najbliższe restauracje wegetariańskie i wegańskie i zaczęliśmy przeglądać, jakie menu, jakie ceny, jaka kuchnia. Padło na knajpę indyjską, nazwy nie pamiętam. Wzięliśmy dania, których nazw również nie pamiętam i może i dobrze, bo jedzenie było ok, ale nic poza tym. Byliśmy tak głodni i zmęczeni, że pożarliśmy dania w 5 minut i poszliśmy dalej.

nie wiem co to jest

nie wiem co to jest ale ta mikrozupa spoko

a to ostre było

a to ostre było

Z knajpuni poszliśmy zobaczyć Riverside Park. Po drodze pojawił się jakiś sklep, a J. jęczał, że chce koli to weszliśmy. Zadarz, bo tak nazywał się sklep, to dobrze wyposażone delikatesy z duuużą ilością dań gotowych w lodówkach, specyfików z różnych stron świata, ceny raczej wyższe niż niższe. Ale! Bardzo miła półka z serami sojowymi i gotowymi daniami vegan. Zakupiono serek kremowy Tofutti i sushi na weganie, które postanowiliśmy zeźreć w Riverside Park na ławeczce spoglądając na ciągle mijające nas pieseczki. Sushi wyśmienite, szkodka, że nie mieliśmy sosu sojowego i wasabi ale jak na sklepowe to rewelka. Serek Tofutti również wypróbowany, bardzo elegancki.

sereczki serunie

sereczki serunie

takie cuda

takie cuda

tu były skarby

tu były skarby

padło na to

padło na to

suszi guuuud

suszi guuuud

Późno się zrobiło i za namową przewodnika poszliśmy oglądać kamienice na Upper West Side. To właśnie takie typowe domy, które można zobaczyć w filmach o Nowym Jorku, ze schodami wychodzącymi na ulicę i pięknymi zdobieniami budynków. Czas na uwagę klasowo-rasową. Mieszkamy na Brooklynie, dokładnie w dzielnicy Bushwick, na pierwszy rzut oka 90% tutejszych to nie biali. Na górnym Manhattanie 90% to biali. No, chyba, że wchodzisz do sklepu. Tam 100% obsługi to czarni albo Latynosi. Jak powiedział nasz współlokator, na południu rasizm to rzecz zupełnie oczywista i nikt się z tym nie kryje, ani czarni, ani biali, a tutaj wszyscy udają, że nie ma tematu. I wystarczą dwa dni w mieście aby zauważyć problem.

Górny Manhattan

Górny Manhattan

Całkiem nieźle

Całkiem nieźle

Na sam koniec przeszliśmy się Central Parkiem, ale tylko kawałeczek, to jest B A R D Z O duży park, jeszcze się tam bujniemy. Wszyscy tam za czymś biegną, nie wiemy jeszcze za czym ale mamy jeszcze miesiąc, damy znać.

No i uwaga, wegany, tera porno. Whole Foods, ooo meeen, co tam się dzieje. Tanio może nie jest ale co popatrzyliśmy to nasze 😉 Ceny troszeczkę wyższe niż Trader Joe’s ale większy wybór (być może byliśmy w małym TJ a w dużym WF, nie wiem). W WF jest wszystko. Zapytaj się, a to tam jest. Nie kupowaliśmy dużo, tylko parę jogurtów (sojowe i migdałowy) i tofu (2 dolce DUŻA kocha) bo jeszcze badamy temat gdzie najlepiej kupować. Szukam ciągle jakiegoś normalnego musli bo ci sam cukier tu źrą i same granole do kupienia obsrane całe cukrem a musli najtańsze chyba z 9 dolców. Szukam dalej.

Jutro trzeba już zrobić trening jakiś, nie ma, że jet lag, szykuje się coraz więcej planów i w końcu jakieś spotkania towarzyskie. Tymczasem galeria z WF. Oddaję głos współprowadzącemu.

batonów dla pakierni od groma ale drożyzna

batonów dla pakierni od groma ale drożyzna

półka z białkiem vegan też była ale nie skusiłam się

półka z białkiem vegan też była ale nie skusiłam się

tu chyba jeszcze zajrzę

tu chyba jeszcze zajrzę

vegan miącho

vegan miącho

J: Drugi dzień zaczął nam się dosyć niemrawo. Wstaliśmy koło godz 11 z zamiarem eksploracji środkowej części Manhattanu a dokładniej Muzeum Historii Naturalnej. Zanim się wybraliśmy z chałupy to wybiła 13 na osi i czas był najwyższy na realizację planu. Dziś już wybraliśmy metro jako najszybszy sposób komunikacji miejskiej. Po dotarciu na miejsce, okazało się że muzeum jest czynne do 17:45 i mamy tylko trzy godziny na zobaczenie tego co kryją mury budowli. Jest wiele ciekawych ekspozycji i witryn, głównie dotyczących przodków, roślinności i zwierząt zamieszkujących tereny Ameryki, Afryki i Azji. Co ciekawe o Europie nie ma nic, nie wspominając już o chlubie militarnej starego kontynentu – husarii, co postrachem obcych armii była. Chyba mają takie detale głęboko w poważaniu, patrząc na ilość znajdujących się eksponatów w muzeum. Udało nam się zobaczyć większość wystaw, ale naginając tempo zwiedzania prawie do sprintu. Miejscówka, godna polecenia. Warto zajrzeć do łazienek, to słowa w stronę męskiej części odbiorców. Są w nich ogromne pisuary z napisem: real american toilet, wyglądają idealnie żeby sobie nogi umyć a nie oddać w nich mocz.

real american toilet

real american toilet

Po wyjściu z przemaszerowaliśmy się ulicami z zabytkowymi kamienicami, porobiliśmy foty i przeszliśmy się Central Parkiem, który śmierdzi końską kupą, ale tylko główna aleja, po której poruszają się bryczki i setki biegaczy. Duża ich nich część biega jakoś tak dziwnie, tak z palców na piętę, nie z pięty na palce. Jak odeszliśmy od głównej alei to już było przyjemniej, mniej wiary i podejrzanych zapachów. I powoli, leniwym krokiem, zahaczając o supermarket ze super zdrową żywnością, wróciliśmy na naszą metę.

gdzie biegnieta?

gdzie biegnieta?

 

I na koniec galeria z Muzeum.

20140731_154030 20140731_154050 20140731_170409 20140731_170503 20140731_172619 IMG_0218

"Eeee chyba cię stara robi na boku"

„Eeee chyba cię stara robi na boku”

IMG_0222 IMG_0223 IMG_0226 IMG_0227 IMG_0228 IMG_0230 IMG_0234

gdyby nie ta szyba to bym nie żyła!

gdyby nie ta szyba to bym nie żyła!

Hi 5 panda!

Hi 5 panda!

IMG_0249 IMG_0254 IMG_0264 IMG_0269 IMG_0278 IMG_0280 IMG_0304 IMG_0305 IMG_0311 IMG_0319 IMG_0320 IMG_0326 IMG_0327 IMG_0331 IMG_0333 IMG_0341

FOREŚCIK

FOREŚCIK

IMG_0347 IMG_0350 IMG_0351 IMG_0353 IMG_0356 IMG_0359 IMG_0367 IMG_0370 IMG_0381 IMG_0389 IMG_0397 IMG_0400 IMG_0409

Otagowane , , , , , , , , ,