Tag Archives: boston

Aktualizacja: kręgle i demonstracja

J: Wreszcie mogę coś napisać. Doszedłem jako tako do siebie zażywając amerykańskie specyfiki na wszystko zawarte w jednej butelce. Nie jest to wódka z pieprzem, którą się aplikuje w Polandzie i działa ona niemal na każdą bolączkę, ale też nie jest najgorsze, tylko nie klepie 😀
Wczoraj mieliśmy udany dzień, spotkaliśmy się z ziomkiem z Warszawy. Żeby się trochę ukulturalnić, poszliśmy do Muzeum Afroamerykanów, które jak się dowiedzieliśmy już po wejściu do niego i zapłaceniu wstępu, nie ma stałej ekspozycji. Tak więc obejrzeliśmy wystawę o Indiach, której nawet nie uratował całkiem niezły film odtwarzany w sali kinematograficznej a także wycieczka z przewodnikiem do najstarszego Domu Spotkań Afrykańskich Mieszkańców. Został wybudowany do celów różnorakich od szkoły, miejsca spotkań, kościoła po punkt rekrutacji żołnierzy. Bez szału, szkoda czasu.Po wynudzeniu się w muzeum poszwendaliśmy się wspólnie po mieście i wypiliśmy kawę w europejskim rozmiarze, tutejszy to mniej więcej wiadro z pokrywą i łopatą cukru w środku. Wymieniliśmy się również spostrzeżeniami dotyczącymi USA i tutejszej ludności. Okazało się, że nasz znajomy mieszka w dzielnicy, gdzie ludzie się uśmiechają do niego i ma nawet zakwasy na twarzy od odwzajemniania szczęścia. Niestety, jak na razie do mnie uśmiechają się tylko te osoby, które przez moją fryzurę uważają mnie za dostarczyciela szczęścia, które mogą wypalić z błogim uśmiechem na ustach. Niestety do nas się nikt nie uśmiecha, chyba wyglądamy na mało przyjacielskich 😉

Czip bez Dejla

Czip bez Dejla

Po rozstaniu się, wróciliśmy na chałupę, odpocząć trochę, bo nasi opiekunowie zaplanowali wieczór kręgli połączony z dosyć dużym spożyciem alkoholu. Do kręgielni można było wnosić swój alkohol, co też uczyniliśmy, krzewiąc polską tradycję Absolutem z kolą. Nawet nieźle nam poszło na torze. Ja zająłem 2gie miejsce, wraz z trzema innymi osobami spośród prawie 20 uczestniczących w rozgrywce. Moli też ładnie grała, może nie błyszczała ale udało jej się trafić ze dwa razy w kręgla. Po zamknięciu kręgielni, przebiliśmy sie ekipą do baru, gdzie dalej uskutecznialiśmy konsumpcję lokalnych napoi wyskokowych. Na moje niescześćie przypatałętała się do mnie jakaś stara torba, taka ze 70 wiosen na karku, która koniecznie chciała mi wcisnąć swój pierścionek, bym przy akompaniamencie smutnych melodii w barze i towarzystwie mocno zalanej publiczności, przyklękł na kolanko i prosił M. o ręke. WTF?!!? Nie udało jej się tego wprowadzić w życie, dalej się możemy cieszyć z życia ze statusem pary, która się po pijaku nie zaręczyła w jakiejś podrzędnej spelunie 😉 Wieczór zaliczony do udanych, nie pamiętam zbytnio powrotu, ale nie pobiłem się z żadnym muczaczo, ani nie śpiewałem Jolki na pół dzielnicy. Było dobrze.

Hop! Żeby rąsia luźniejsza była!

Hop! Żeby rąsia luźniejsza była!

Myszcz

Myszcz

Sukces był. Może z jeden

Sukces był. Może z jeden

w barze było tak jak na zdjęciu

w barze było tak jak na zdjęciu

Poranek, bez kaca, bez pustyni w gębie i bólu głowy. Dalej mnie męczy mnie choroba, z tym że już nie mam temperatury ciała zbliżonej do zombi. Odżywam, udało mi się zjeść porządne śniadanie: frytki z serem, salsą i guacamole. Mniam mniam. M wciągnęła burrito 😀 Poszliśmy następnie na miacho, kupić bilet, bo jutro jedziemy oglądać wieloryby do Provincetown. Nie, nie takie co leżą na plaży za parawanami, na których widok masz ochotę wołać Greenpeace, żeby ratowali stworzenia, które wyrzucił przypływ na brzeg. Jedziemy oglądać Prawdziwe wieloryby, może nam się uda, bo w porównaniu do tych na plażach, trzeba mieć trochę szczęścia podczas rejsów, żeby je zobaczyć. Te na plaży, chcesz czy nie chcesz i tak je zobaczyć, bo zasłaniają połowę horyzontu. Zszedłem z tematu, sry. No po kupnie ticketów, pomaszerowaliśmy do centrum. Kupiliśmy sobie pycha kanapki w China Town, pani nawpychała opór tofu do nich. Dobre byli i niedrogie nawet. Później, spotkaliśmy się z ziomkami i dołączyliśmy do pokojowej demonstracji, popierającą pobyt dzieci, samotnie przekraczających granice Stanów. Przyszło rzesze diametralnie różnych ludzi, młodzież, księża, dziady, baby, baby księża, rodziny z dziećmi, ogólnie misz masz. Marsz był utrzymany w żwawym tempie, bez większej eskorty policji, za to większość haseł była po hiszpańsku a „mienia nie gawari po espaniola”, to mogłem się tylko domyśleć co krzyczą. Było spoko, ale wcześniejsza przechadzka po mieście dała nam w kośc i jak tylko dotarliśmy do celu, odłączyliśmy się od taboru i podreptaliśmy na metro. Po drodze nasz gospodarz dostał małego przypływu agresji w związku z ostatnimi wydarzeniami w Gazie. Po drodze mijaliśmy spore grupy Żydów amerykańskich, wracających z jakiś ichnich obchodów, których obdarzał po równo epitetami: fakin faszist, zajonist faszist, murderers a także kilkoma innymi przyjemnymi dla ucha zwrotami. Tak się skończył nasz ostatni dzień w Bostonie. Za chwilę idziemy się spakować i lulu. Jutro wyruszamy na wodne safari 😉 trzymajcie się i swoje kciuki mocno by nam się udało. Pozdrawiam!!

Bahn Mi - bardzo miła wietnamska kanapka

Bahn Mi – bardzo miła wietnamska kanapka

IMG_0733 IMG_0734

tłum dość imponujący

tłum dość imponujący

trochę dużo wiary

trochę dużo wiary

Strach się bać

Strach się bać

Mićki też popierają imigrantów

Mićki też popierają imigrantów

IMG_0751

M: Ja króciutko. Kilka obserwacji socjologiczno-turystycznych na życzenie 🙂 Po pierwsze, Boston JEST tańszy od NYC, Amerykanie nie są do końca tego przekonani ale my jako turyści zdecydowanie odczuliśmy różnicę cen. Spokojnie można się nażreć na full za około pięć dolców, tygodniówa na metro kosztuje 19$ (w NYC 30$). Miasto jest zieleńsze, więcej w nim powietrza, mniej ludzi i mniej pośpiechu, trafiają się szalone ćpuny w parku, jeden do nas podbił dziś w parku z rurą skręconą z folii aluminiowej i opowiadał jakie zeżarł super magic mushrooms. Wszyscy potwierdzają, że jest to prawdopodobnie najbardziej posegregowane rasowo miasto w USA. Nasza dzielnica, East Boston – sami Latynosi, wszystko po hiszpańsku, żarcie jak w Meksyku, są oczywiście dzielnice, gdzie mieszkają sami biali, sami czarni i sami żółci, w NYC towarzystwo jest jednak trochę bardziej przemieszane. Miłym zaskoczeniem (chociaż może nie do końca zaskoczeniem) było dla mnie zróżnicowanie ekipy @, z którą bawiliśmy się na kręglach, przyszli Latynosi, przyszli czarni, biali stanowili większość ale miło było zobaczyć, że ekipa walczy z rasizmem nie tylko sloganami, ale rzeczywiście jest pomieszana.

mural w naszej dzielni

mural w naszej dzielni

też nasz hood

też nasz hood

i to też

i to też

Bardzo mi się podobało na kręglach, BTW nie graliśmy w typowe amerykańskie kręgle tylko w takie ichniejsze z Massachusetts, gdzie kule są mniejsze i nie wkłada się palców do środka, moja gra była żałosna, ale obwiniam Absoluta za moją porażkę 😉 Do kręgielni przyszło sporo ludzi, była tam też szafa grająca, gdzie za baksy zamawiało się muzykę. Bożesz, jakiej amerykanie słuchają strasznej muzy, słit hołm alabama i takie hity z satelity.

My z J.czuliśmy się rano znakomicie jednak nasi gospodarze polegli jeśli chodzi o przechodzenie kaca, rano posłuchałam sobie koncertu z muszli if you know what I mean 😉 Pić trza umić, jak mówi staropolskie powiedzenie.

Jutro wycieczka nad morze, bardzo się nastawiam na wieloryby, trzymajcie kciuki, żeby coś koło nas przepłynęło.

Nie ma co się spieszyć

Nie ma co się spieszyć

wodotrysk

wodotrysk

ten pałac to biblioteka

ten pałac to biblioteka

a to podwórko biblioteki

a to podwórko biblioteki

Ba baj Boston

Ba baj Boston

Reklamy
Otagowane , , , ,

Boston, Maseczuszets

M: Haj ewrybady. Przemieściliśmy się cztery godziny na północ i witamy z Bostonu. Nowojorczycy nienawidzą Bostonu, wszyscy mówili, że to najgorsze miasto ever, dlaczego? Nie wiem, nie rozumiem o co im chodzi, bostończycy mówią, że nowojroczycy im zazdroszczą 🙂 Jak na razie jest miło i przede wszystkim w miarę cicho.

Z NYC do Bostonu dostaliśmy się jednym z najtańszych środków transportu w USA tj. megabusem. Taka ichnia forma polskiego busa. Za bilet można zapłacić po 3 dolary, my kupowaliśmy 5 dni przed wyjazdem i zapłaciliśmy po 17 dolców, czyli dość tanio. Przystanek megabusa w Nowym Jorku jest prześmieszny. Na chodniku na Manhattanie postawione jest kilka znaków i słupków oddzielających kolejki do poszczególnych autobusów jadących w różnych kierunkach. Pracownicy siedzą na krzesełkach przy stoliczku pod parasolką i wołają pasażerów gdy zbliża się odjazd danego autobusu. Nowojorczycy kazali nam przyjść wcześniej, ponieważ dużo ludzi jeździ tymi autobusami a  nie ma tam miejscówek więc kto pierwszy ten lepszy. My byliśmy wcześnie więc mieliśmy dobre miejsce, rozsiedliśmy się wygodnie, rozłożyliśmy kocyk, bo oczywiście klima ustawiona na pięć stopni i ruszyliśmy do Bostonu. Droga minęła szybko, autostrada ma cztery czy pięć pasów, więc ruch idzie płynnie, na bramkach też się nie stoi.

nowojorskie biuro megabus

Nowojorskie biuro megabus

W Bostonie sprawnie przebiliśmy się niebieską linia metra na wschód do mieszkania towarzyszy, którzy nas tutaj goszczą. Super chata na ostatnim piętrze kamienicy z uroczym balkonem, wokół którego zasadzone są pomidory, bakłażany, jarmuż, botwinka i inne smakołyki. I rozciąga się tam taki widoczek:

IMG_0647

Spoglądając na tę imponująca panoramę Bostonu wypiliśmy sobie parę drineczków z naszymi gospodarzami i poczęstowaliśmy ich orzechówką, na punkcie które OCZYWIŚCIE oszaleli i pogadaliśmy sobie przy przepysznej kolacji, przygotowanej przez gospodarza i zadowoleni poszliśmy w kimę. Spanie mamy na antresoli, w nóżki wieje wiatraczek, jest sto razy ciszej niż w NYC więc pospałam sobie do 10:30 (i tak cały czas śpię w zatyczkach). Nasz gospodarz nie chodzi teraz do roboty więc zabrał nas na wycieczkę po Bostonie. Przeszliśmy się najpierw po centrum, ze wskazaniem na najbardziej znane miejsca historyczne. Boston to jedno z najstarszych miast w USA, w którym miało miejsce bardzo wiele wydarzeń związanych z rewolucją i wojną domową, więc pomników tu jak mrówków. Przez miasto prowadzi też tzw. Freedom Trail, czyli trasą, wzdłuż której znajdują się najważniejsze miejsca związane z historią miasta. Nie przeszliśmy całej FT, ale zobaczyliśmy najstarsze okolice miasta, gdzie znajdują stare kamienice, knajpy i odnośniki do wojny o niepodległość. Po mieście chodzi pełno wycieczek, głównie amerykańskich, których przewodnicy są przebrani w stroje z końcówki XVIII wieku, super robota. Tak mniej więcej wygląda stary Boston:

IMG_0612 IMG_0617 IMG_0622 IMG_0625 IMG_0626

Starego Bostonu było kiedyś więcej ale wiadomo jak się modernizuje miasta: wyburza się te części, które uznaje się za bezużyteczne.  W tej samej okolicy znajduje się też ciekawy pomnik pamięci ofiar Holokaustu. Szklane wieże symbolizujące różne obozy zagłady i wypisane na szybach numery wszystkich więźniów.

IMG_0613 IMG_0614 IMG_0616

Później metrem przejechaliśmy się do Camridge, które właściwie nie jest już w Bostonie ale jest częścią metropolii tzw. Wielkiego Bostonu. Tu właśnie znajdują się Uniwersytet Harvard i MIT czyli jedne z najlepszych uczelni w USA. Nie spotkaliśmy niestety Noama Chomskiego ale przeszliśmy się po kampusie Harvardu. Dobrze, że uczą się tam bystre osoby, bo głupek taki jak ja by się tam ciągle gubił bo jak dla mnie wszystkie budynki na kampusie wyglądają tak samo. A, i wszędzie same wycieczki chińskich dzieci, przyszłych studentów 😉

20140805_154114 20140805_154130 20140805_154313

Niestety J. jest ciągle chory, te amerykańskie specyfiki jakoś średnio działają i trochę ciężko się mu chodzi więc po przejściu się po Cambridge pojechaliśmy na chatę. Jutro planujemy porobić trochę więcej rzeczy, trzymajcie kciuki za jego zdrowie bo ja już jestem bezradna 😦
A teraz kącik kulinarny, wegany, będziecie zawiedzeni, bo średnio wegański. Boston to historycznie miasto Włochów i Irlandczyków, w centrum jest pełno włoskich knajpek i cukierni. Nasz dzisiejszy przewodnik zabrał nas na włoskie cannoli, czyli rurki z kremem, tylko tu w cukierni wybierasz jaki chcesz krem i jaką posypkę, my wzięliśmy ricottę z pistacjami. Bardzo miła rzecz.

IMG_0632

Cannoli Boston Style

Na obiadek padło na burrito. Bardzo chciałam zjeść „prawdziwe” burrito, być może nie jest to najprawdziwsze, ale na pewno bliżej mu do autentycznego dania niż coś, co mogę kupić w Europie. Wjechało buritto z czarną fasolą, ryżem, grillowanymi warzywami, sałatą, kolendrą, czerwoną cebulą i guacamole, J. wziął zamiast kolendry papryczki jalapeno. W knajpie możesz sobie też wybrać jakieś różne szalone sosy. No, buritto, strzał w 10. Bardzo bardzo dobre jedzenie, duża porcja, tylko 6 baksów, chyba muszę się nauczyć takie robić.

łałałiła

łałałiła

A na deser lodziarnia Toscanini, na szybie wyklejony cytat z New York Times „najlepsze lody na świecie” (nie byli chyba ostatnio w Poznaniu ;)), spożyłam sorbet czekoladowy, pyszota, czekolada w najczystszej formie, ale nie uznałabym lodów z takiej np. Wronieckiej za gorsze. Trzeba zadzwonić do NYT 😉

 

i wafla nie dają więc minus

i wafla nie dają więc minus

J. leży na zdechlaku także znowu nic nie napisze, niech kolejny dzień przyniesie nam zdrowie!

Otagowane , , , , ,
Reklamy