Tag Archives: bushwick

Groby, plaże, street art, Rijana i jesteśmy w Kanadzie

M: Już na ziemi kanadyjskiej. Znowu nam opowiadali legendy o strasznej kontroli granicznej i znowu było na luzie. Celnik nawet nam powiedział, że wódkę, którą wieziemy w prezencie wieziemy dla siebie bo w prezencie byśmy musieli płacić podatek, więc zgodnie stwierdziliśmy, że wódka jest jednak dla nas. Ale chyba ktoś z autobusu coś przeskrobał bo ciągle czekamy na jednego typa.

Granica Ameryky czyli loteria: kto wjedzie, kto nie wjedzie

Granica Ameryky czyli loteria: kto wjedzie, kto nie wjedzie

Ostatnie kilka dni bujaliśmy się po całym Nowym Jorku, nie po samym Manhattanie, ale po innych okolicach.

Umówiliśmy się z dziewczyną, u której mamy spać tuż przed wylotem. Mieszka na Brooklynie, ale to w ogóle nie ułatwia zadania gdy mieszkasz na północnym Brooklynie a ktoś na południowym. Bushwick, gdzie dotychczas kimaliśmy jest bardziej na północnym-wschodzie, a musieliśmy się dostać na południowy-wschód. A metro jest tak zbudowane, że Manhattan zjedziesz sobie wzdłuż i wszerz według uznania (w dzień) a na Brooklynie jest tylko jedna linia, która biegnie z góry na dół, reszta jest z zachodu na wschód więc trzeba się potłuc autobusem i przebijać na oddalone linie metra. Po prawie godzinie udało nam się dotrzeć. Na miejscu zaczęły się nam objawiać tabliczki z placami Matki Boskiej Częstochowskiej i polskie biura podatkowe, a nie był to Greenpoint. Polskiego języka jednak nie usłyszeliśmy. Uf. Koleżanka okazała się super, mieszka z 19-letnim (!!!) kotem i istnieje duże podejrzenie, że się kiedyś poznałyśmy w Poznaniu, ponieważ była tam z Living Theater. Zabrała nas na super chai latte a potem na spacer po Greenwood Cemetery, czyli na cmentarz, jeden z najbardziej zabytkowych i największych w Nowym Jorku, gdzie leży kilku celebrytów. Cmentarzysko jest ogromne a groby to jakiś pokaz mody, są szalone niedźwiedzie siedzące okrakiem na płycie nagrobnej, wszędzie znaczki masońskie, dziwno-straszne popiersia i wszystko co sobie nieboszczyk wymarzy. Jest też widok na Statuę Wolności, do której macha podobna pani stojąca na cmentarzu, moim zdaniem bardziej gustownie ubrana 😉

Brama trochę strasznawawa

Brama trochę strasznawawa

Ja chcę taki z Czarunią

Ja chcę taki z Czarunią

Wesoła rodzinka

Wesoła rodzinka

Ona macha do statuy

Ona macha do statuy

Pomieszanie z poplątaniem

Pomieszanie z poplątaniem

Chodziliśmy sobie, gadaliśmy o starych karabinach i ustawiliśmy się na kimanie u niej po powrocie z Montrealu.

Do Montrealu mieliśmy jechać pociągiem ale nasza wyprawa na PKP zakończyła się fiaskiem, na pociąg został jeden bilet, pojechaliśmy na PKS i ciągle się tłuczemy, pociąg jedzie co prawda dłużej ale komfort większy. A tymczasem ciągle czekamy na szmuglera z naszego autobusu.

Po poszukiwaniu biletów i przystanku na pizzę (nie mam siły na J. I jego ciążowe zachcianki) doczłapaliśmy się do MET czyli największego muzeum sztuki w NYC. Było dość późno i byliśmy trochę styrani a w planie był pokaz filmu o Stolarskiej kilka godzin później więc wycieczka po MET była krótka, było też dużo ludzi, także tym bardziej męczyła. Uwaga, MET to kolejne muzeum, które podaje sugerowaną cenę za wstęp więc Polaki wbijają za dolca, frajerzy za $25. Zdjęcia z muzeum poniżej.

IMG_1323

cycki!

pisiak!

pisiak!

IMG_1374 IMG_1371 IMG_1366 IMG_1364 IMG_1349 IMG_1347 IMG_1345 IMG_1336 IMG_1331 IMG_1330 IMG_1325 IMG_1314

[Update o szmuglerze: autobus czekał godzinę a celnicy zapomnieli powiedzieć kierowcy, że koleś na którego czekamy został odesłany z powrotem do USA. AAAAAAA!!! Ciśniemy na Montreal.]

Pokaz filmu był OK, zaplanowany na piątkowy wieczór, więc frekwencja nie powaliła ale co tam, różne prezentacje się w życiu robiło. Nowojorczycy oczywiście nic nie wiedzieli o Polsce, podejrzewam, że po powrocie do domu sprawdzali, gdzie leży na mapie. Po pokazie poszliśmy na piwo do pobliskiego baru Gotham City, który mijaliśmy codziennie, ale w ciągu dnia wyglądał jak opuszczona suterena a w nocy schodziła się tu lokalna ekipa, raczej biali i Latynosi. Cała barówa wyklejona gadżetami Marvela, to może J. o tym coś więcej napisze 😉 Piwo za dwa dolce więc spoko, ale było tam tak gorąco, że po wypiciu odpowiednika biedronkowego VIPa poszliśmy na drugą stronę ulicy do knajpy obok miejscówki @, gdzie było już o wiele drożej, ale można było odsapnąć i usiąść w cichszym pomieszczeniu. A, i tam dominowali czarni, taka ciekawostka. Towarzystwa trochę się nazbierało, popiliśmy, poplotkowaliśmy i poszliśmy do domu, z J. mieliśmy 3 minuty z buta więc nie było przygód z dojazdem ( a o nocnych przygodach będzie jeszcze!).

W sobotę zaplanowaliśmy sobie wycieczkę na Coney Island (które nie jest wyspą moi drodzy!), udało nam się wytargać i ruszyliśmy na saaaam południowy koniec Brooklynu znany z plaży i wesołego miasteczka. Wjeżdżając na ostatnią stację pojawia się plażowo-kiczowaty krajobraz z dominującym diabelskim młynem. Ludziów jak mrówków. Ale w miarę czysto. Amerykany oczywiście w kolejkach po żarcie a potem ze schowanym browarem opalają brzuchy na plaży. Przeszliśmy się bulwarem aby wszystko obadać. J. wpadł w oko oczywiście plac z drążkami, gdzie mięsiści chłopcy wywijali piruety. Nad plażą fruwały kolorowe latawce rozmiarów olbrzymich o szalonych kształtach. Klapnęliśmy sobie w końcu chwileczkę odpocząć na plaży, mnie woda z oceanu nie kusi, więc nie było kąpanka. Po krótkim odpoczynku poszliśmy zobaczyć luna park. Banda decydentów nas oszukała, bo na stronie czytałam, że na kolejkę można sobie wejść za siedem dolców a tu się okazało, że trzeba kupić karnet za $40 i potem wydawać te cztery dychy na różne atrakcje. A że mamy postanowione wydawanie kasy na ostatni tydzień to ze smutkiem odpuściliśmy sobie kolejki, znaczy się, ja to na większość z nich dostawałam sraki i nie chciałam iść, chciałam się bujnąć na konikach albo w samochodzikach się poobijać ale może następnym razem.

takie cuda fruwają

takie cuda fruwają

reszty nie było :(

reszty nie było 😦

bede ghuuuba

bede ghuuuba

Coney Island z daleka

Coney Island z daleka

tam wszyscy zierli

tam wszyscy zierli

Prędzej umrę niż tam usiądę

Prędzej umrę niż tam usiądę

Musieliśmy pędzić z powrotem na Bushwick, bo umówiliśmy się ze współlokatorem, że jedziemy na Manhattan na wystawę street artu. To wydarzenie, o którym piszę to wystawa tylko na dwa weekendy w starej komendzie policyjnej, która za dwa tygodnie będzie wyburzana. Artyści się jakoś dogadali, że mogą sobie zrobić z budynkiem co chcą a potem i tak go zburzą i tak. W środku było zdecydowanie za dużo ludzi, ale wydarzenie było w miarę spoko, na jednym piętrze grali didżeje a wiara sobie robiła w kółeczku dance battle. Miało być do 22 a o 21:30 zaczęli przeganiać towarzystwo więc poszliśmy se i zrobiliśmy sobie spory spacer po Manhattanie wpadając po drodze do księgarni @, bez zakupów. Droga trwała tyle, że zanim dojechaliśmy odechciało nam się łazić po knajpach i skończyło się na browarku na chacie. Focie tu:

IMG_1475 IMG_1468 IMG_1463 IMG_1452 IMG_1448 IMG_1446 IMG_1445 IMG_1438 IMG_1436 IMG_1435 IMG_1434 IMG_1433

Kolejny dzień znowu był pod znakiem street artu, zabukowaliśmy sobie darmową wycieczkę o street arcie na Bushwicku. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, ze wycieczka liczy koło 30 osób, co mnie nieco przeraziło. Lokalsi mieli z nas ubaw ale nic to. Wycieczka spoko, chodziliśmy po części post-industrialnej, wyhaczyliśmy pracę Swoon na ulicy i posłuchaliśmy sporo o scenie graffiti w NYC. Nie mogliśmy zostać do końca niestety bo trzeba było zawijać na koncert Rihanny w New Jersey.

Dotarliśmy specjalnie podstawionym pociągiem pod sam stadion-landarę. Ludzi miliard. Dobiliśmy do naszego sektora na trzecim piętrze, lekki lęk wysokości się włączył ale przeżyłam. Scenę widzieliśmy z oddali, dobrze, że były telebimy. Co ciekawe, Amerykany przyszły raczej na Eminema, on ma tam status pół-boga, Rijana spoko, ale po pierwsze, nie jest z Ameryki a po drugie, nie jest z Ameryki 😉 My przyszliśmy wiadomo dla kogo. Koncertu na taką skalę jeszcze nie widziałam, wszystko zaczęło się w miarę na czas, bez żadnych wtop, profeska max. Riri jak zwykle była bjutyful, zrobiła się na grandża w koszulce Dżima Morisona i w spodniach z suwakami, Eminem ubrał kaptur na łeb i zadowolony. Ona występowała pierwsza, bo znała swoje miejsce 😉 Szkodka, że nie było ram pa pa pam Man Down, ale były inne hiciory więc jestem zadowolona, ale następnym razem chyba się szarpnę na lepsze miejsce, bo takie oglądanie małych ludzików na scenie to trochę bezsens 😉 Amerykany na widok Eminema dostawali szału macicy, rapowali całe teksty, piszczeli i srali pod siebie. Sporo było zapaszku marihuaniny, ale jakoś trzeba było się ubawić, skoro płyny na bramce zabierali a najtańszy browar za 10 baksów. Aha, i były wszystkie pokolenia, no dobra, może nie 80-latkowie ale 60-latków widziałam, całe rodziny poprzychodziły z 10-letnimi dzieciakami i to. Koncert się skończył i wszyscy srrruu na pociąg. Udało nam się wskoczyć w drugi sort i w końcu ruszyliśmy w stronę NYC. Dotarliśmy jakoś po północy i liczyliśmy na metro. Ale po pierwsze noc, po drugie niedziela. Syf, kiła, mogiła. Jeden pociąg udało się złapać na dół Manhattanu ale tam zaczęły się cyrki, nasza linia miała jakiś przestój weekendowy a druga co miała jeździć ni widu ni słychu, w końcu mówimy dobra jedziemy inną trochę dalej na Brooklyn. Czekaliśmy chyba z pół godziny, już był strach, że trzeba będzie bulić na taksi ale przyjechało. Na mapie wyglądało, że w miarę blisko, ale mimo że wysiedliśmy na Bushwick Avenue czyli naszej ulicy to byliśmy 700 numerów domów dalej 🙂 Ale żołnierskim marszem pokonaliśmy nocny Brooklyn w pół godzinki, po drodze nie mijaliśmy prawie nikogo, specjalnie ominęliśmy ulicę Broadway gdzie troszeczkę chyba bałabym się spacerować po nocy. Na metę doczłapaliśmy o trzeciej a pobudka o ósmej więc nie za luksus.

IMG_1647 IMG_1635 IMG_1623 IMG_1618 IMG_1611 IMG_1596

Z dobiciem na PKS nie było jednak problemów a resztę właściwie już wiecie. Buziaczki mua mua ram pa pa pam!

J: Siamano!! Dziś wtorek wieczór. Opuściliśmy amerykańską ziemie, jesteśmy w Montrealu. Po 11 godzinach jazdy w autobusie dotarliśmy na miejsce. W podróży skończyłem książę Nesbo „Syn”, nawet niezła, przypomina mi trochę Punishera, tylko mniej w niej krwi i trupów. Jak na pierwszy dzień pobytu w Kanadzie, jest spoko. Chłodniej trochę i mniej rozumiemy co ludzie do nas mówią, bo tu większość goda jednak po francusku, również wszelkie informacje są zapisane w tym języku, ale dajemy sobie radę.

Ostatnie kilka dni spędziliśmy raczej na luzie, bez szaleńczego trybu zobaczenia wszystkiego co możliwe. Poznaliśmy kilka nowych osób, byliśmy w kilku fajnych miejscówkach i jedliśmy jedną z lepszych i tańszych pizz. Widzieliśmy ciekawy cmentarz, na który zabrała nas znajoma. Cmentarz, nie podobny do żadnego przeznaczonego dla ludzi w Polsce, bardziej wyglądał na taki dla zwierząt, bo takie skojarzenie mi przyszło do głowy widząc takie zoo. Były tam piramidy, obeliski, popiersia i posągi nieboszczyków, grobowce przywodzące na myśl wampirze kryjówki, jeziorka i jeden żywy świstak, paradujący wesoło między mogiłami. Po pokazie filmu, odwiedziliśmy barówę Gotham City. Ciasne i ciemne miejsce, całe w plakatach herosów z amerykańskich komiksów i figurek zwisających z sufitu. Szukałem Bane’a ale akurat jego nie udało mi się odszukać w elementach wystroju. Miejsce niezłe, ze względu na cenę piwo+shoot=3$. Tanio i to nawet bardzo jak na lokal tutaj. Po wizycie w kolejnym barze i aplikacji kilku browarów, udaliśmy się mętnym krokiem do domu.

W sobotę, zwiedziliśmy miejscową plażę. Nie skorzystaliśmy z atrakcji, które proponował luna park, bo tak naprawdę nie mieliśmy czasu. Będziemy musieli tam wrócić, jeszcze przed odlotem, bo chcę zobaczyć jak M będzie wiszczeć ze strachu, wsiadając ze mną do kuli, którą wielka proca miota na 50 metrów w górę:D Wieczorem wyjście do posterunku policji przemienionego na wystawę street artu, gdzie wiara łaziła wystrojona jak stróż w Boże Ciało, oglądając sztukę ulicy. Zabawnie było na to patrzeć, ale może tak się powinno chodzić na takie wystawy. Tego nie wiem, bo ja nie tutejszy, ja z Polska, nieznaju.

Niedziela, to spacer po Brooklynie. Wzięliśmy udział w pieszym zwiedzaniu ulic, które stały się lokalnymi galeriami dla wszelkiej maści ulicznych artystów. Kierowały wycieczką dwie osoby, które mieszkają w tej dzielnicy i na co dzień też coś tam tworzą. Opowiedzieli sporo o tym co się dzieje na tym terenie, kto robi te pracę, jak to się stało że to akurat tu tworzy się taka galeria. Miejsce bardzo fajne do odwiedzenia, gdyż jest tak jakby enklawą, która nie pasuje do reszty Brooklynu, który widzieliśmy. Pełno tu grafitti, plakatów, wyklejanek, szablonów, które nie są bublami, czy przypadkowym tagiem „tu byłem” lub malunkiem wielkiego fallusa na ścianie, ale spójnym zbiorem ciekawych prac, które robią wrażenie na przechodzących osobach. Kilka zdjęć tu:

IMG_1549 IMG_1545 IMG_1543 IMG_1541 IMG_1533 IMG_1530 IMG_1526 IMG_1523 IMG_1518 IMG_1517 IMG_1516 IMG_1505 IMG_1502 IMG_1501 IMG_1497 IMG_1493IMG_1573 IMG_1566 IMG_1564 IMG_1562 IMG_1557 IMG_1552

Wieczorem koncert Riri, można się było spodziewać jak będzie. Hehe. Po koncercie 4 godzinny powrót do mieszkania, mieliśmy tam dotrzeć w jedną, ale wiadomo niedziela, remonty i motto ostatniego dnia: coś się na pewno spier…li.

Po trudach podróży i bólu 4liter po wielogodzinnym siedzeniu w jednym miejscu jesteśmy w Kanadzie. Odnaleźliśmy nasze lokum, w którym przekoczujemy kolejne kilka dni i poszliśmy wraz z naszą nowo poznaną koleżanką Jannis do barówy. Prawdziwe swojskie powitanie. Strzeliliśmy po piwku, zapoznaliśmy się jeszcze z kilkoma osobami z ekipy i lekko zmęczeniu poczłapaliśmy do mieszkania.

Poranek, extra. Potrzebowaliśmy snu i ciszy, tego drugiego w NYC nie uświadczysz, przez co to pierwsze jest aplikowane bardzo umiarkowanie. Tutaj – raj, cisza i spokój. Na ulicy nie ma aut z rozkręconym na full volume i bijącym z głośników z „I woke up in the new bugatti!!”. Pospaliśmy do 12, wizyta w sklepie i pożywne śniadanko: tofucznica z pieczarkami i cebulą, hummus, świeże pomidory, sałata, rzodkiewka i oliwki. Jest moc na zdobywanie Montrealu! A że nie mamy ułożonego planu co tu dokładnie robimy to wsiedliśmy do metra i pojechaliśmy do centrum. Centrum wygląda inaczej niż w NYC czy Bostonie. Nie jest tak zatłoczone przez ludzi i auta, jest czysto, spokojniej, tylko ludzie jacyś tacy krzykliwi. W USA wiara nie rozmawia ze sobą, tak by słyszała ich cała ulica, a tu jak w Europie. Drą do siebie ryja, krzyczą do telefonów a dodatkowo w jednym z europejskich języków. W przewodniku, który posiadamy odnaleźliśmy wskazówkę, która zaprowadziła nas na najwyższy punkt w Montrealu. Prowadzi do niej całkiem niezła droga, pełnej biegaczy i spacerowiczów, a która biegnie zygzakiem pod górę. Tylko nam jakoś szkoda było czasu brnać nią poniekąd wokoło, to wybraliśmy trasę na skróty czyli: w górę. Po przyjemnej wspinaczce zboczem i skorzystaniu z kilku schodów dotarliśmy na szczyt „a im oczom ukazał się las”…miejski las. Widok z tarasu jest naprawdę imponujący. Widać caaaaałe miasto. Po krótkim odpoczynku zeszliśmy w ten sam sposób i udaliśmy się w głąb miasta, którego panoramę podziwialiśmy przed chwilą. Widzieliśmy kilka muzeów, jeżeli się uda znaleźć darmowe dni, to może i zobaczymy je od środka. Znaleźliśmy taniego falafla i kilka free spotów wi-fi (bo hasło do domowego zdobyliśmy dopiero teraz). Cała przechadzka zajęła nam kilka ładnych godzin, więc żeby się nie zamęczyć pierwszego dnia, pojechaliśmy na nasz kwadrat. Pierwszy dzień wizyty zaliczam do mega udanych. Pozdro all!!
Montreal na pierwszy rzut oka:

IMG_1745 IMG_1744 IMG_1743 IMG_1732 IMG_1725 IMG_1724 IMG_1722 IMG_1716 IMG_1715 IMG_1712 IMG_1710 IMG_1700 IMG_1698 IMG_1696 IMG_1676 IMG_1673 IMG_1670 IMG_1669

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , ,
Reklamy